Wszyscy uczestnicy zgadzali się, że różnica w funkcjonowaniu naszych firm i zachodnich jest wciąż spora. Firmy państwowe zatrudniają znacznie więcej ludzi, w dodatku restrukturyzację utrudniają obowiązujące tam umowy społeczne, które dają wieloletnie gwarancje zatrudnienia. - Pakiety socjalne prowadzą do ubezwłasnowolnienia pracowników, ludzie pod parasolem pakietu boją się ryzyka, zatracają rynkowe podejście do rzeczywistości - mówił Piotr Łuba z PwC.
- Wystarczy porównać elektrownię Połaniec czy Górnośląski Zakład Energetyczny (należy do szwedzkiego Vattenfalla) ze spółkami skarbu państwa - argumentował Dariusz Marzec z firmy doradczej KPMG. - Energetyka jest wciąż w dobrej sytuacji finansowej, ale jest mocno obudowana umowami społecznymi, zabezpieczeniami dla pracowników. Mogę się zgodzić z gwarancjami zatrudnienia, ale na pewno powinniśmy odchodzić od tego, że wszelkie zmiany organizacyjne czy restrukturyzacje wymagają zgody związków zawodowych. Zdaniem Marca grupy mają ogromny potencjał, jeśli chodzi o uporządkowanie działalności, ale wymaga to ogromnego wsparcia skarbu państwa. Marzec dodał też, że poprawa efektywności ułatwi też inwestycje w sektorze. Potrzeby są ogromne - w nowe elektrownie i sieci musimy włożyć ok. 100 mld zł w ciągu kilku najbliższych lat. - Wiadomo, że inwestycje będą musieli sfinansować odbiorcy energii, ale także potrzebny jest wysiłek sektora, aby poprawić wyniki. Rynek czekać nie będzie - tłumaczył.
Zgadzał się z nim Piotr Łuba . - Wskaźniki finansowe dramatycznie odbiegają, tak samo wycena giełdowa. Jeśli popatrzymy na poziom sprzedaży naszych firm w porównaniu z zachodnimi spółkami, to na giełdzie są przecenione. Ale jeśli spojrzymy na EBITDA (czyli zysk pomniejszony o amortyzację), to są niedocenione. Rynek wierzy więc, że są w stanie się zrestrukturyzować. Łuba zwrócił też uwagę, że w naszych państwowych firmach zarząd niekiedy nie panuje nad sytuacją. - Na świecie wszystkie spółki wchodzące w skład jednej grupy dążą w jednym kierunku, u nas czasem jest inaczej. Czasem zarządy spółek-matek nie mają nawet swobody dobierania sobie współpracowników .
Swoimi doświadczeniami podzieliło się dwóch szefów elektrowni sprzedanych zachodnim inwestorom - Połańca i Rybnika. Ten pierwszy należy do francuskiego giganta GdF Suez, ten drugi - do również francuskiego potentata EdF, zresztą państwowego.
Połaniec w 2000 r. został sprywatyzowany, wcześniej państwowy ze wszystkimi przywarami. Miał zwiększyć efektywność, pozbyć się pewnych funkcji, które utrudniały działalność - mówił Jerzy Kak z GdF Suez. Właściciel uruchomił program dobrowolnych odejść, skorzystało z niego 800 pracowników. Wykorzystano outsourcing - objął 12 dziedzin. - Powołaliśmy spółki, najpierw ze 100-proc. naszym udziałem, potem je sprzedaliśmy - opowiadał Kak. W 2000 r. firma zatrudniała 2300 pracowników, dziś 500. Oczywiście moc elektrowni została ta sama. Były trudności, pakiet socjalny gwarancje zatrudnienia. Dzięki samemu outsourcingowi firma zaoszczędziła w latach 2003-10 ponad 100 mln zł.
Podobne doświadczenia miał Jerzy Chachuła, szef elektrowni Rybnik. - Pracownik w energetyce zarabia dwie średnie krajowe. Dobra sprzątaczka w państwowej elektrowni zarabia tyle co nauczyciel. Po co mi energetyk-sprzątaczka czy energetyk-kucharz? Energetycy to są ludzie z niepowtarzalnymi kwalifikacjami, ale cała reszta to zwykłe kupowanie usług. Można kupić je na rynku, płacąc znacznie mniej - tłumaczył. I dodał: - Jeśli ktoś uważa, że nie należy restrukturyzować, to nie powinien się podejmować takiej pracy. Właściciel o nazwie państwo też może żądać efektywnej energetyki. Popatrzmy na CEZ i Vattenfall. Obie firmy - czeska i szwedzka - choć państwowe, mają znacznie lepsze wskaźniki efektywności, np. zatrudnienie w przeliczeniu na megawat mocy, niż polskie.
Mirosław Czapiewski, przedstawiciel państwowej Energi, mówił, że jakąkolwiek restrukturyzację utrudnia prawo. - Jest nierównomierne - pracodawca jest na gorszej pozycji niż partner społeczny. Przywoływał przykłady braku konsekwencji wobec sprawców nielegalnych strajków. W górnictwie organizatorzy nie ponieśli żadnych konsekwencji. W Rafinerii Gdańskiej nielegalny strajk kosztował 5 mln zł, a organizator dostał po dwóch latach 1000 zł grzywny.
- Związki od tego są, żeby żądać. Nie mam problemu z tym, że ktoś macha polską flagą, bo ja lubię polską flagę. Ale po drugiej stronie musi być silny zarząd - polemizował Marzec. - Problem nie polega na tym, że związki walczą, tylko na tym, że za dużo dostają.
Bardzo dobrze, że energetyka jest notowana na giełdzie, bo bardzo szybko będzie można je porównać z zachodnimi. Bardzo szybko pojawią się słupki, które pokażą, gdzie majątek jest efektywnie wykorzystywany. Jesteśmy na początku drogi, ale jestem optymistą.
- Ja też jestem optymistą, bo innego wyjścia nie ma - śmiał się Łuba. - Konkurencja zamorduje spółki, które nie będą się restrukturyzować.
Jeżeli państwo nie odda operacyjnego zarządzania, to nie sądzę, żebyśmy osiągnęli znaczące efekty - nie zgadzał się Kak. - U nas było trudno, mimo że czuliśmy ogromne wsparcie właściciela, którego skarb państwa nie jest w stanie dać.
- Zmiany destabilizują poczucie bezpieczeństwa pracowników. Restrukturyzacja jest gilotyną. Trudno kogoś zachęcić, żeby polubił gilotynę. My tak naprawdę kupujemy odejścia pracowników - mówił Chachuła. - Trzeba ludziom dawać nie tylko czysty pieniądz, ale maksimum bezpieczeństwa w programach osłonowych.