Biznes Ludzie Pieniądze

Tą łódką mocno buja

Janusz Jankowiak*
13.10.2010 , aktualizacja: 13.10.2010 20:55
A A A Drukuj
Strategia przeczekiwania, uzależnienia reform od cyklu politycznego jest nie tylko nieskuteczna, ale i niebezpieczna
Janusz Jankowiak
Janusz Jankowiak
Tekst Waldemara Kuczyńskiego ("Ten statek jeszcze nie tonie", "Gazeta" z 5 października) wcale mnie nie zdziwił, ale szczerze mnie zmartwił. Kuczyński - przy całym zrozumieniu dla wagi szybko rosnącego długu publicznego z jednej strony oraz niebezpieczeństwa dojścia do władzy PiS z drugiej - afirmuje strategię małych kroków i brak determinacji rządu w dziele naprawy finansów publicznych. A wszystko dlatego, że nie mamy jakoby noża na gardle. No i cykl polityczny ma swe wilcze prawa, z których pierwsze nakazuje mówić co innego przed wyborami, a robić co innego po - inaczej się przegrywa.

Sądzę, że Kuczyński myli się w obu sprawach - nie doszacowuje skali ryzyka związanego ze stabilizacją długu publicznego w Polsce w latach 2008-11 w przedziale 7,1-8,3 proc. PKB; i pokłada próżne nadzieje w krótkonogiej strategii dotrwania do jeszcze jednych wyborów, a później ostrego zakasania rękawów.

Najpierw kilka zdań o czynnikach ryzyka ekonomicznego. Zostawmy przy tym w spokoju porównywanie Gierka z Tuskiem. Popatrzmy na liczby z paru ostatnich lat.

Jeśli rok 2006 przyjąć za 100, to w latach 2007-09 wydatki sektora rządowego w Polsce wynosiły odpowiednio - 103, 111 i 116; a w roku 2010 wzrost realny sięgnie już 25 proc. Znaczy to nie mniej i nie więcej, tylko tyle, że w okresie czterech lat wydatki wzrosną o jedną czwartą.

Skumulowane dyskrecjonalne (czyli dokonujące się poza cyklem koniunktury) poluzowanie fiskalne w latach 2008-10 wyniesie 5,5 proc. PKB. Skumulowany przyrost deficytu sektora finansów publicznych w tym okresie to około 6,5 proc. PKB.

1 pkt proc. wzrostu deficytu dodaje w krótkim okresie (rok, dwa lata) do dynamiki PKB 0,4 pkt proc. Wiemy więc, że stymulacja fiskalna w okresie globalnego kryzysu podniosła w wymiarze skumulowanym dynamikę PKB naszej Zielonej Wyspy o nie mniej niż 2,5 pkt proc.

Mieliśmy na skutek przypadkowego zbiegu okoliczności perfekcyjny timing stymulacji gospodarki przez zmiany parapodatkowe i podatkowe. Stymulację bezrefleksyjnie zapoczątkował rząd PiS, a następnie twórczo podjął ją już rząd PO. Ale ponieważ nie mieliśmy w tym czasie żadnych dostosowań po stronie wydatkowej, wpędziliśmy się w fiskalne problemy. Takie same, jakie mają inne kraje stosujące specjalne antycykliczne środki pobudzające gospodarkę.

Tylko że oni się teraz z tej polityki wycofują pod naciskiem rynku. A my czekamy na koniec cyklu politycznego zakotwiczeni na naszych 7-8 proc. deficytu sektora. I Kuczyński, sam polityk, choć podpisany jako ekonomista, w ślad za takimi niezepsutymi ekonomią politykami, jak Jan Krzysztof Bielecki czy Jacek Rostowski, namawia nas teraz, byśmy spokojnie czekali, bo po wyborach przyjdzie czas na reformy. Nie jest przy tym do końca jasne, jakie wybory ma Kuczyński na myśli - samorządowe, parlamentarne?

Nie ma to jednak większego znaczenia, bo przyjmując optymistycznie, że chodzi o wybory samorządowe, nietrudno zauważyć, że okres na "reformy" zamknie się w dość wąskim okresie styczeń-marzec 2011 r. A w wariancie pesymistycznym, w którym chodzi o poczekanie na wynik wyborów parlamentarnych, jesteśmy już po projekcie budżetu na rok 2012, co de facto oznacza namawianie nas na wyglądanie legendarnych reform po wygaśnięciu cyklu politycznego, czyli przy okazji układania budżetu 2013.

Małe "okienko" na reformy wiosną przyszłego roku skupi na Polsce uwagę inwestorów rynków finansowych. Wystarczy tu jedno potknięcie, jedno niepowodzenie przy okazji pozyskiwania większości parlamentarnej dla korzystnych z punktu widzenia pozycji fiskalnej zmian ustawowych, aby rynek zaczął nas karać, wyceniając ryzyko utkwienia na dobre na wysokich poziomach deficytu.

A w przypadku przesunięcia horyzontu ewentualnych zmian strukturalnych aż do 2013 r. ryzyko inwestycyjne oczywiście wielekroć wzrasta.

Niech nas przy tym nie myli, że dziś inwestorzy tak obficie kupują polskie obligacje. Kupują, bo kapitał masowo, na niespotykaną dotąd skalę, lokuje się w funduszach obligacyjnych. I jest to trend globalny, obejmujący również nasz rynek. Trend bardzo niebezpieczny, bo pompujący bańkę spekulacyjną na rynku długu. Ta bańka będzie rosła do czasu, aż inwestorzy nie nabiorą pewności, że banki centralne na głównych rynkach bazowych zaczną odchodzić od niestandardowej polityki monetarnej, wracając do normalności.

Jeśli nasz bank centralny zdecyduje o wcześniejszej podwyżce stóp procentowych, ceny na rynku długu spadną. Odpływ kapitału zwróci uwagę inwestorów na ryzyko fiskalne znacząco większe niż w innych krajach Unii wdrażających ostre nieraz programy konsolidacji fiskalnej. Intensywny napływ kapitału na rynek długu w Polsce dokonywał się w ostatnim czasie poprzez transakcje typu swap, a więc nie pociągał za sobą wymiany walut na rynku, czyli nie destabilizował kursu. Druga fala odpływu kapitału z rynku długu dotknie już jednak bezpośrednio rynek walutowy, pociągając za sobą osłabienie złotego.

Na miejscu Kuczyńskiego okazywałbym znacznie więcej empatii dla tych ekonomistów, którzy uważają, że strategia pragmatycznego przeczekiwania, podporządkowana w zupełności cyklowi politycznemu będzie nie tylko nieskuteczna (bo nie doprowadzi do żadnych reform), ale jest też niebezpieczna (bo skończy się podwyższoną wyceną ryzyka inwestycyjnego i przeceną aktywów złotowych).

Chyba że otwarcie przyznamy, że nie ma takiej ceny, jakiej nie warto zapłacić za niedopuszczenie PiS do władzy. Ale wówczas przestańmy się czarować zapewnieniami, że rozliczymy Platformę z obietnic reform po tych, następnych i jakichkolwiek zresztą w przyszłości wyborach. Bliżej nam wtedy będzie do zrozumienia, choć daleko jeszcze do porozumienia.



*Janusz Jankowiak jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów