Patrycja Maciejewicz: Kogo by pan poparł, gdyby dług publiczny miał przekroczyć 55 proc. PKB - ministra finansów Jacka Rostowskiego i zawiesił ulgi podatkowe, czy minister pracy Jolantę Fedak i zawiesił transfery do OFE?
Michał Boni: Ani jednego, ani drugiego ministra. Najlepiej poszukać innych rozwiązań.
Potrzebujemy więcej czasu na tę dyskusję i dlatego musimy szybko przyjąć tylko tę część ustawy o finansach publicznych, która mówi o regule wydatkowej, o zarządzaniu płynnością, czyli konsolidacją pieniędzy funduszy i agencji, i warunkowych dalszych podwyżkach VAT.
Minister Rostowski mówi, że rynki finansowe i ludzie powinni już teraz precyzyjnie wiedzieć, co się stanie, gdy dług przekroczy próg ostrożnościowy.
- Ale zachowania i trendy w gospodarce zależą od postrzegania rzeczywistości. Dziś obraz naszej gospodarki jest pozytywny, firmy w końcu zaczęły odbudowywać inwestycje. Jeśli będziemy straszyć na wyrost, to ich postrzeganie przeszłości może się popsuć.
O uldze rodzinnej mówi się, że wcale nie zachęca do powiększania rodziny. Może to zbędny wydatek?
- W latach 2012-15, czyli wtedy, kiedy miałaby być ewentualnie zawieszona, część drugiego powojennego wyżu demograficznego będzie akurat w wieku decyzji o pierwszym dziecku (27 lat), a druga część wyżu w wieku decyzji o drugim dziecku (31 lat). Ja nie wiem, czy to dobry moment, by tę ulgę zawieszać. Już sama zapowiedź, że tak się może stać (warunkowo, w pewnych okolicznościach, ale może), zwiększa niepewność. Ludzie nie będą się zastanawiać, czy tak się stanie, czy nie, tylko założą, że tak będzie.
Chcę przy tym podkreślić, że nie unikam dyskusji, jak ulga powinna wyglądać. Być może silniej powinniśmy wspierać tych, którzy mają troje i więcej dzieci. Ale to nie jest dobry moment, by włączać to do karnego zestawu rozwiązań i programu naprawczego.
20- i 50-proc. koszty uzyskania przychodu dotyczą pokaźnej grupy w środowiskach naukowych i kulturalnych (nie mówimy o celebrytach i tych, co mają wysokie gaże, tylko o masie ludzi), gdzie wynagrodzenia nie są wysokie. Koszt przychodu tak sformatowany to jest element wynagrodzenia, jest też nagrodą za ich talent. Jestem przekonany, że nie powinniśmy tego likwidować.
Jeśli już likwidować ten przywilej, to powyżej pewnego poziomu dochodów, np. 120 tys. rocznie.
Ale przekroczenie przez dług progu 55 proc. nie jest jakąś odległą i nieprawdopodobną historią.
- Gdyby tak się miało stać, w - co nawiasem mówiąc - nie wierzę, i tak musielibyśmy myśleć o bardziej radykalnych rozwiązaniach, bo przecież konsekwencją byłoby równoważenie budżetu. Wówczas potrzebowalibyśmy 40 mld zł. Z likwidacji ulg byłoby 8-9 mld zł, z podwyżką VAT 12-13 mld zł.
Skąd reszta?
- Trzeba mieć dużo różnych narzędzi. Ja bym bardziej skupił uwagę na tym, co będzie przeciwdziałać długowi, a nie tylko na cięciu wydatków budżetu. Z podatkowych rozwiązań zlikwidowałbym wspólne rozliczanie małżonków.
Jeśli chodzi o transfery do OFE, wszyscy patrzą na Estonię, która zawiesiła przekazywanie składek. Ale różnica jest taka, że tam powiedziało się też, w jakim momencie odwiesza się przekazywanie składek i zwraca ludziom pieniądze. To są nasze pieniądze, nie pieniądze OFE, które można zabrać, to fundamentalna zasada.
Drugie pytanie, które tu trzeba sobie zadać, to czy takie rozwiązanie nie będzie zaskarżane jako niekonstytucyjne. Trzeci argument - Estonia ma mały rynek. Dla nas środki, które idą do OFE, są istotne z punktu widzenia rynku kapitałowego. Jeśli OFE będą miały mniej pieniędzy, to mniej na rynku będzie środków, by kupować prywatyzowane podmioty.