W ramach przygotowań do przewodnictwa w Unii Europejskiej (II połowa 2011 r.) Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło znanych europejskich ekonomistów do specjalnej grupy doradczej. W czwartek i piątek po raz kolejny zebrali się oni w Warszawie.
Ekonomiści mają wiele rad dla polskiego rządu. Po pierwsze, trzeba dążyć do wejścia do strefy euro. - Należy założyć, że strefa euro stanie się dużo bardziej jednolitym blokiem, twardym jądrem w Unii. Nie będąc w euro, ryzykujecie marginalizację - ostrzega prof. Alan Mayhew, Sussex University. - Myślę, że Wielka Brytania też w końcu stanie przed bardzo poważnym wyborem politycznym.
Polskę czeka jeszcze inne trudne zadanie: wciąż trzeba będzie namawiać Unię do zaciskania pasa. W II połowie 2011 r. Europa zacznie już wyraźnie wychodzić z kryzysu, ale będzie to niezbyt przyjemna pobudka. - Nasz poziom konsumpcji jest absolutnie nieadekwatny i niemożliwy do podtrzymania na podstawie tych zasobów, tego majątku, którymi dysponujemy teraz! - podkreślał Dieter Helm z Oxford University. Jego zdaniem zadłużanie państw Unii będzie miało sens tylko wówczas, gdy pożyczki będą zaciągane na inwestycje związane z rozbudową infrastruktury transportowej, pieniędzmi dla nauki itp.
- W państwach demokratycznych istnieje naturalna zachęta do tego, by wydawać na poczet przyszłych dochodów. Jeśli dług jest po to, żeby zbudować infrastrukturę, to kolejne generacje będą w dobrej sytuacji, bo zagwarantujemy im lepsze podstawy do wzrostu - podkreśla Helm. Skończyły się czasy, kiedy Europejczycy mogli zmieniać
samochód na nowy co dwa-trzy lata. Trzeba - zdaniem Helma - powrócić do oszczędzania.
Wtórował mu Jean Pisani-Ferry z brukselskiego think-tanku Bruegel. - Inwestować powinniśmy w uniwersytety. I postawić sobie pytanie: czy podwyższenie pensji nauczycielom to także inwestycja? Tak - podkreślał. Ale to nie oznacza, że koszty pracy trzeba podwyższać w całej gospodarce. - W Hiszpanii pensje rosły dużo, dużo szybciej niż w Niemczech, choć produktywność i konkurencyjność gospodarki rosły tam dużo wolniej niż w Niemczech. To się nie mogło udać w żadnym modelu gospodarczym.
Polska nie powinna też popierać pojawiających się tu i ówdzie pomysłów, by ułatwić sobie wychodzenie z kryzysu poprzez dewaluację euro.
- Nie bardzo widzę, w jaki sposób USA pomagają światowej gospodarce, dewaluując swoją walutę - przekonywał Helm. - Europejczycy tego nie robią i w ten sposób zachowują się dużo bardziej odpowiedzialnie. Lekcje z przeszłości pokazują, że takie zachowanie prowadzi do kłopotów.
Dewaluacja waluty na pewno doprowadzi do inflacji.
Zachodnioeuropejskie związki zawodowe najwyraźniej jednak odrzucają koncepcję zaciskania pasa. W piątek we Francji trwał kolejny dzień strajków przeciwko forsowanej przez rząd reformie (zakładającej m.in. podniesienie wieku emerytalnego do 62 lat). Wczoraj strajki objęły już wszystkie francuskie rafinerie; w kilku przypadkach
policja musiała siłą odblokowywać dojazd do składów paliw.
Do protestów dołączyli też studenci.