Biznes Ludzie Pieniądze

Moby Dick na kolację. Japońskie rybołówstwo ma kłopot

Andrzej Lubowski, Tokio
18.10.2010 , aktualizacja: 17.10.2010 20:28
A A A Drukuj
Mięso wieloryba wraca do stołówek w japońskich szkołach. Ponoć po to, aby dzieciom przypomnieć tradycję kultury żywienia. W restauracjach cieszy się umiarkowanym wzięciem. Miejscowi klienci wolą węgorza, którego zaczyna brakować. Nienasycony apetyt Japończyków na rybę zagraża tutejszemu rybołówstwu.
Mięso wieloryba wraca do szkolnych stołówek. Ponoć, by dzieciom przypomnieć tradycję kultury żywienia. W restauracjach cieszy się średnim powodzeniem
Mięso wieloryba wraca do szkolnych stołówek. Ponoć, by dzieciom przypomnieć tradycję kultury żywienia. W restauracjach cieszy się średnim powodzeniem
Z 30 tysięcy szkół japońskich, które serwują uczniom lunch, niemal co piąta oferowała w zeszłym roku wieloryba. Rządowy instytut badań nad wielorybami sprzedaje mięso władzom municypalnym po jednej trzeciej ceny rynkowej, która w zeszłym roku wynosiła 2060 jenów za kilogram, czyli ok. 25 dolarów po dzisiejszym kursie.

Japońska Agencja Rybołówstwa twierdzi, że wielorybom nic nie grozi, że jedzą za wiele ryb, a polowanie na nie to stara japońska tradycja sięgająca co najmniej siódmego wieku, bo z tego czasu pochodzi najstarszy znany tekst japoński. Ponieważ International Whaling Commission, reprezentująca przeszło 80 krajów, nałożyła w 1986 roku moratorium na połowy wieloryba, Japonia oficjalnie łowi jedynie dla "celów naukowych", aby analizować populację wielorybów, i to stąd pochodzi mięso do stołówek w szkołach i szpitalach. Międzynarodową kampanię przeciwko polowaniom na wieloryby Japońska Agencja Rybołówstwa przedstawia jako element kulturowego imperializmu, i czyni to na tyle przekonująco dla miejscowych, że sondaże japońskiej opinii publicznej wykazują 90-procentowe poparcie dla powrotu do łowienia tych ssaków. Trudniej z przekonaniem Japończyka jako konsumenta. Mięso tego olbrzyma traktuje się bardziej jako nowinkę niż delikates. Było znacznie bardziej popularne tuż po wojnie, gdy z żywnością było krucho, a wieloryb stanowił efektywne źródło protein. Spożycie osiągnęło szczyt w 1962 roku - wyniosło 220 tysięcy ton - później zmalało, gdy Japonia się wzbogaciła i pojawiło się wiele "smaczniejszych alternatyw".

Japończycy kochają unagi, czyli węgorza. Ale nie takiego jak my, wędzonego, lecz specjalnie pieczonego. W dobrych restauracjach, a takich tu nie brakuje - w samym Tokio jest ponad 300 tysięcy restauracji i barów - kucharz wyciąga żywego węgorza z wielkiego akwarium, ucina mu głowę, resztę moczy w zalewie sojowej i piecze na rozżarzonych węglach.

Nienasycony apetyt Japończyków na węgorza i inne ryby tworzy zagrożenie dla przyszłej podaży i wywołuje niepokój zarówno w Japonii, jak i w innych krajach, które łowią na tych samych wodach. W przypadku węgorza gwałtownie spadły połowy w tutejszych rzekach, co zwiększyło popyt na węgorza hodowanego w stawach i zakupy za granicą. W zeszłym roku spożycie wyniosło 35 tysięcy ton, z czego tylko 1 proc. pochodził z krajowego połowu, około jednej trzeciej z tutejszej hodowli, zaś resztę stanowił import z Chin i Tajwanu. Eksperci krytykują jakość importowanego węgorza, dodając zarazem, że historia tej ryby to dobry przykład kłopotów, do jakich prowadzi w tej akurat dziedzinie niepohamowany popyt. Odrybienie i kurcząca się liczba rybaków, których średnia wieku przekroczyła 60 lat, potęgują problem. W minionych dwóch dekadach zasoby rybne w wodach przyległych do Japonii skurczyły się w ocenie władz o połowę. 20 lat temu łowiono rocznie 70 tysięcy ton makreli, bardzo popularnej, bo taniej. Dziś łowi się tylko 20 tysięcy ton. Część wód, na których operują japońskie kutry, to wciąż przedmiot sporów terytorialnych z sąsiadami. Co jest japońskie, a co rosyjskie. Co japońskie, a co chińskie. Eksperci twierdzą, że jakby mało było kłopotów wynikających z wielkiej polityki i nadmiernego odławiania, dochodzi do tego jeszcze ocieplanie się wód oceanu. Nawet hurtownicy przyznają, że rząd powinien wprowadzić czasowe ograniczenie połowu i sprzedaży najbardziej zagrożonych gatunków. W listopadzie, w mieście Shimonoseki, na południu kraju, Japonia będzie gospodarzem konferencji krajów opowiadających się za łowieniem wielorybów. Dziś Japończycy zabijają rocznie około tysiąca wielorybów. Kraj znajduje się także pod międzynarodową presją w kwestii połowów młodego tuńczyka błękitnopłetwego na Pacyfiku. To największy i najsmaczniejszy gatunek tuńczyka. Dorosły osobnik waży do 700 kilogramów. Dwa lata temu na Japonię przypadało 90 proc. światowego połowu tej ryby. W marcu na spotkaniu poświęconym międzynarodowemu handlowi zagrożonymi gatunkami (the Convention on International Trade in Endangered Species) Japończykom udało się zablokować proponowany zakaz połowu tej ryby. Chodzi przede wszystkim o ochronę niezwykle lukratywnego rynku sushi. Tylko 20 proc. spożycia tuńczyka pochodzi od krajowych rybaków i z wód Pacyfiku. 80 proc. to drogi import tuńczyka z Atlantyku. Ale i jego zasoby szybko się kurczą. Dlatego duża ryba może kosztować nawet 100 tysięcy dolarów.

Do Ginzy, centralnej dzielnicy Tokio, pełnej salonów takich firm, jak: Gucci, Versace, Cartier, Bulgari czy Tiffany, przylega Tsukiji, największy targ rybny na świecie. Składa się z dwóch rynków. Hurtowy, gdzie każdego dnia poza niedzielą i kilkoma środami odbywają się wczesnym rankiem, zwykle około piątej, aukcje podobne do tych, gdzie się handluje Picassem czy van Goghiem, tyle że tu obstawia się tuńczyka i makrelę. Wcześnie, od trzeciej rano, zaczyna zjeżdżać towar z całego świata. Trafia tu statkami, ciężarówkami, samolotami. Tu operuje kilkuset autoryzowanych dilerów i tu ryba podlega wstępnej obróbce. Obok jest część detaliczna, gdzie można kupić rybę, inne towary spożywcze, przybory kuchenne i gdzie można dostać na śniadanie sashimi z dopiero co rozebranego tuńczyka, świeżutkie miso i gdzie bez pytania serwują ci zimny brązowy napój, który przypomina bardziej naszą kaszę zbożową niż espresso.

Trafiłem tam tuż po szóstej rano. Siąpił nieprzyjemny deszcz, więc gapiów było niewielu. Pędzące po śliskiej nawierzchni wózki z tuńczykiem znacznie większym niż duży prosiak nakazywały ostrożność. Jeśli jest mrożony, tną go wielkimi specjalnymi piłami elektrycznymi. Jeśli jest świeży, używają długich, czasem dłuższych niż metr, noży zwanych oroshi hocho albo maguro bocho, które rzadko znaleźć można w japońskim domu, ale posługują się nimi członkowie jakuzy, japońskiego syndykatu gangsterskiego. Na Tsukiji sprzedają wszystko, co woda ma do zaoferowania: od glonów, sardynek, ośmiornic, krewetek, tuńczyka, rekina, części osobników podejrzanie przypominających wieloryba, po najdroższy kawior. Rozpiętość cenowa zdumiewająca. Przyzwoite śniadanie można zjeść za 6 albo za 100 dolarów. Zależy od proporcji między sushi i sashimi, jakości ryby i oczywiście elegancji samego wnętrza. Średnio dziennie przez Tsukiji przewija się dwa tysiące ton ryb. Roczna wartość sprzedaży przekracza sześć miliardów dolarów. Pracuje tu, na terenie niewiele większym niż warszawski bazar Różyckiego, około 60 tysięcy ludzi. Po terenie kręcą się inspektorzy sanitarni prefektury tokijskiej, aby pilnować reżimów higieny.

Cała ta barwna i skomplikowana operacja nie zmienia prostej prawdy. Ryb w morzach ubywa. Jeśli nie znajdą się sposoby zahamowania tego trendu - mówi się i o ograniczeniu połowów, i o hodowli niektórych ryb - to za kilkanaście lat dwie porcje dobrego sashimi mogą u nas kosztować tyle, co wakacje w Grecji. Zostaje oczywiście schabowy albo pasta z warzywami. My sobie jakoś poradzimy. Japończykom będzie trudniej.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy