Produkty strukturyzowane to ostatnio spora konkurencja dla standardowych lokat, których oprocentowanie rzadko przekracza 4-5 proc. i wciąż się obniża. Przy rosnącej inflacji (ostatnio 2,5 proc. w skali roku) oznacza to, że realny zarobek na lokatach bankowych spada. Według obliczeń Open Finance we wrześniu wyniósł tylko niespełna 1,4 pkt proc., gdy jeszcze w sierpniu na przeciętnej lokacie można było zarobić prawie 2 pkt proc. powyżej inflacji.
Banki nie chcą oferować wysokich odsetek na lokatach, bo część z nich ma i tak za dużo pieniędzy, a inne nie są w stanie "przepakować" tych lokat z wysoko oprocentowane kredyty, bo konkurencja na rynku pożyczek jest bardzo twarda. Marże kredytów hipotecznych stale spadają, na kredyty korporacyjne popyt wciąż jest niski, a szybkie kredyty gotówkowe mają wysoką tzw. szkodowość. Ostatnio już więcej niż co dziesiąty nie jest spłacany w terminie.
Niektóre banki starają się zwiększyć atrakcyjność depozytów, tworząc na ich podstawie specjalne hybrydy, np. Toyota Bank zaproponował ostatnio lokatę pozwalającą omijać podatek Belki i niewiążącą się z utratą odsetek przy wycofaniu pieniędzy przed terminem. Inne instytucje płacą za lokaty nawet do 9 proc., ale w zamian żądają, by klient zainwestował połowę pieniędzy w fundusze inwestycyjne. Zysk z opłaty manipulacyjnej od zakupu funduszy potrafi sięgnąć 5,5 proc., co pokrywa "dopłatę" do lokaty.
Ale najpewniejszym ostatnio sposobem na zgarnięcie taniego pieniądza z naszych kieszeni jest oferowanie produktów strukturyzowanych. Według różnych szacunków w zeszłym roku Polacy zainwestowali w nie 6-8 mld zł swoich oszczędności, zaś w pierwszym półroczu tego roku - ok. 4 mld zł. W sumie od początku funkcjonowania lokat strukturyzowanych na polskim rynku (tj. od jakichś czterech lat) jest to ok. 20-22 mld zł.
W ramach "struktury" banki oferują klientom ochronę kapitału (w najgorszym razie klient dostanie po prostu zwrot pieniędzy), ale nęcą widokami na spore zyski, nawet do kilkunastu procent w skali roku. Bankowcy nie chcą tego oficjalnie przyznać, ale marże na oferowaniu produktów strukturyzowanych są znacznie wyższe niż przy standardowych lokatach i porównywalne z tymi, które można zainkasować ze sprzedaży funduszy inwestycyjnych. Tyle że "struktura" blokuje pieniądze klienta na dłużej, a z funduszy można się w każdej chwili wycofać.
Z danych Open Finance i serwisu Structus.pl wynika, że spośród 92 produktów strukturyzowanych, które zakończyły żywot w trzecim kwartale 2010 r., jakikolwiek zysk przyniosła tylko co trzecia (34,8 proc.). Ale zysk wynoszący 5 proc. w skali roku lub więcej (czyli dorównujący lub bijący na głowę zwykłe lokaty) dało zaledwie 14 "struktur" (czyli 15 proc. wszystkich). - W mojej ocenie zysk, który wart jest uwagi przy inwestowaniu w produkty strukturyzowane, to co najmniej 10 proc. w skali roku. W trzecim kwartale 2010 r. było takich "struktur"... pięć - komentuje Marcin Krasoń z Open Finance.
Fatalne wyniki przynoszą zwłaszcza te produkty strukturyzowane, w których zysk klienta jest uzależniony od zmiany kursów walut. Taką konstrukcję miało aż 49 z 92 zakończonych "struktur" (masowo wypuszczały je głównie BZ WBK i Raiffeisen). Zysk przyniosło zaledwie sześć tego typu struktur - To oznacza, że w dziewięciu na dziesięć przypadków bankowi analitycy błędnie obstawiali kursy walut! Najczęściej były to lokaty krótkoterminowe, do pół roku, ale trafiały się też superkrótkie - na 1-2 miesiące - mówi Krasoń.
Na rynku produktów strukturyzowanych było kilka rodzynków. Oferowana przez Citi Handlowy "struktura" o dźwięcznej nazwie "Reverse Convertible SPX/STOXX50/WIG20PLN" dała w ciągu dwóch lat 22 proc. zysku. "High Water Mark" z tego samego banku pozwoliła zarobić 31,5 proc. w pięć lat, sprzedawany przez Deutsche Bank "Chiński Express" dał 16,5 proc. w skali roku, zaś "Złoty procent", który można było kupić w firmie ubezpieczeniowej Warta, dał zarobić równe 10 proc.