Zdaniem sądu ustawa o radiofonii i telewizji jednoznacznie zabrania TVP przerywania programów reklamami. I nakazał nadawcy zapłacić 500 tys. zł na Polski Instytut Sztuki Filmowej. - Dopóki nie poznamy uzasadnienia, nie będziemy tego komentować - mówi Andrzej Siwek, kierownik zespołu prasowego TVP.
W 2008 r. zaczęła obchodzić prawo, dzieląc na części swoje widowiska "Gwiazdy tańczą na lodzie" oraz "Przebojowa noc". TVN zwracał się z prośbą o zaniechanie tych praktyk do TVP oraz prosił o interwencję Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Bezskutecznie. W 2008 r. skierował sprawę do sądu i wygrał we wszystkich instancjach. W czerwcu Sąd Apelacyjny w Warszawie stwierdził, że sprzeczna z prawem emisja reklam wzmacnia pozycję TVP i stanowi czyn nieuczciwej konkurencji.
Prawnicy telewizji publicznej tłumaczyli w salach sądowych, że "Gwiazdy tańczą na lodzie" został podzielony na kilka części, żeby w przerwach można było wyczyścić lodowisko. Z kolei kawałkowanie "Przebojowej nocy" było podyktowane koniecznością wietrzenia sali oraz potrzebami widzów. Jako przykład TVP podawała antrakty podczas spektakli teatralnych. W piątek również Sąd Najwyższy nie dał wiary tym tłumaczeniom, uznając poszczególne kawałki widowisk za ten sam program, a przerwy techniczne - za przerwy reklamowe.
Prawnicy TVP argumentowali, że TVN nie poniósł żadnej szkody, więc nie ma podstaw do składania pozwu. Sąd uznał jednak, że obie firmy działają na tym samym rynku i konkurują ze sobą o widza i reklamodawców, a zatem sprzeczne z prawem i dobrymi obyczajami zachowania jednego przedsiębiorcy mają wpływ na sytuację innych.
Zdaniem Jakuba Bierzyńskiego, szefa grupy domów mediowych OMD, ostateczna przegrana TVP w tej sprawie nie będzie miała wpływu na jej sytuację finansową ani na rynek mediów. - Jedyne, co pozostanie, to wstyd - komentuje Bierzyński. I dodaje: - Nie przypominam sobie, żeby w ostatnich latach nadawca publiczny próbował dzielić programy w taki sposób, jak zrobił to z "Gwiazdy tańczą na lodzie".
- Gdyby było coś równie mocno niepokojącego, to na pewno zareagowalibyśmy - mówi Karol Smoląg, rzecznik TVN.