Biznes Ludzie Pieniądze

Giełdowe rekiny i ławica płotek - kto jest guru na polskiej giełdzie

Tomasz Prusek
08.11.2010 , aktualizacja: 10.11.2010 13:47
A A A Drukuj
Obecność na warszawskiej giełdzie była w ostatnich dwóch dekadach świetną receptą na zbudowanie miliardowych fortun przez czołówkę polskich przedsiębiorców. Drobni inwestorzy, którzy tak chętnie zapisywali się na akcje prywatyzowanej GPW, często widzą w nich swoich rynkowych guru
Roman Karkosik z rodziną - majątek: 2,4 mld zł (m.in. Boryszew i Impexmetal)
Roman Karkosik z rodziną - majątek: 2,4 mld zł (m.in. Boryszew i Impexmetal)
Zygmunt Solorz - majątek: 2,5 mld zł (Cyfrowy Polsat i ATM Grupa)
Zygmunt Solorz - majątek: 2,5 mld zł (Cyfrowy Polsat i ATM Grupa)
Michał Sołowow
Michał Sołowow
Leszek Czarnecki - majątek: 10,4 mld zł (m.in. LC Corp i Getin Holding)
Leszek Czarnecki - majątek: 10,4 mld zł (m.in. LC Corp i Getin Holding)
Olbrzymie zainteresowanie inwestowaniem na warszawskiej giełdzie wśród drobnych akcjonariuszy, czego doskonałym dowodem była rekordowa liczba chętnych na akcje GPW, to fenomen na skalę europejską. Detaliści mają otwartych blisko 1,5 mln rachunków maklerskich i swoimi zleceniami robią z grubsza trzecią część obrotu akcjami, będąc w swojej masie tak samo znaczącym graczem jak zagraniczne fundusze czy krajowe instytucje finansowe.

Wcześniej czy później giełdowe żółtodzioby zetkną się ze spółkami należącymi do rekinów parkietu obracających miliardami złotych, będą śledzić ich decyzje inwestycyjne i prognozy koniunktury. Zadadzą sobie pytanie: Jak najwięksi zbudowali swoje fortuny? Czy zawsze mieli szczęśliwą rękę do interesów? I wreszcie: czy warto ich naśladować?

Od milionów do miliardów

W połowie lat 90. ówczesny prezes Polfy Kutno zachwalał inwestorom nową emisję akcji swojej spółki, aby zdobyć 27 mln zł na inwestycje. W pewnej chwili jeden z niepozornie ubranych mężczyzn przerwał mu, wstał i powiedział: "Panie prezesie, niech pan się tak nie wysila, bo to nieduże pieniądze, tę całą emisję to mogę sam wykupić". Prezesowi Polfy na chwilę odebrało mowę, ale nikt w sali się nie roześmiał, bo o zawartości portfela tego gracza krążyły legendy.

Dziś inwestorzy emocjonują się już o wiele grubszymi portfelami giełdowych tuzów, bo dysponują oni gigantycznymi majątkami, przy których wspomniane kilkadziesiąt milionów to... drobna kwota.

Gospodarka urosła, a wraz z nimi przedsiębiorstwa kontrolowane przez giełdowych rekinów. Miliardami na giełdzie obraca Leszek Czarnecki, Michał Sołowow, Roman Karkosik czy Zygmunt Solorz. Obok instytucji, takich jak fundusze emerytalne (OFE) i inwestycyjne, to oni najbardziej wpływają na koniunkturę, swoimi decyzjami inwestycyjnymi potrafią zamieszać na parkiecie jak mało kto. OFE, które są szczególnymi inwestorami, bo odpowiadają za emerytalne składki 14 mln Polaków, dość chętnie inwestują w spółki należące do rekinów, np. w Cersanit Sołowowa czy Getin Czarneckiego.

Można zaryzykować twierdzenie, że liczna grupa czołowych polskich przedsiębiorców zawdzięcza giełdzie tak wiele, że w zakończonej właśnie ofercie publicznej GPW w ramach rewanżu powinni wziąć choćby czysto symboliczny udział.

- Nie kupiłem akcji GPW, gdyż byłaby to dla mnie zbyt mała pozycja w portfelu. Kibicuję jednak tej spółce od jej powstania i cieszy mnie jej dynamiczny rozwój. Mnie jako aktywnego inwestora interesują przede wszystkim niskie prowizje maklerskie, które są pochodną giełdowych opłat - powiedział "Gazecie" Roman Karkosik. Zygmunt Solorz także nie zapisał się na GPW.

Co dała im giełda?

Każdy z największych prywatnych inwestorów na GPW dochodził do giełdowej fortuny na swój sposób. Ale łączy ich jedno: przekonali się, że giełda jest doskonałym narzędziem do podnoszenia wartości firm, zdobywania pieniędzy na inwestycje i w końcu zgarniania zysków do kieszeni.

Mają różny staż: od kilkunastoletniego jak Michał Sołowow i Ryszard Krauze, do kilkuletniego w przypadku Zygmunta Solorza. Gdyby nie było giełdy, to musieliby ją wymyślić, aby sprawnie budować swoje finansowe i przemysłowe imperia. Giełda dodała transparentności ich interesom, możliwość wyceny rynkowej, a przede zainteresowanie krajowych i zagranicznych instytucji finansowych, które chętnie kupowały akcje.

Mając w ręku spółki giełdowe, wielcy inwestorzy mogą emitować nowe akcje, obligacje, przejmować konkurentów, często notowanych na tym samym parkiecie, są wiarygodniejszymi partnerami dla banków, którym łatwiej udzielić kredytów spółce kontrolowanej przez nadzór finansowy i raportującej ważne wydarzenia, kontrakty, wyniki finansowe, zmiany personalne.

Przewodnicy dla drobnicy

Dla drobnych inwestorów spełniają te samą rolę co na Wall Street "wyrocznia z Omaha", czyli największy inwestor świata Warren Buffet. Decyzje inwestycyjne najsłynniejszych inwestorów są często kopiowane przez rzesze drobnych graczy, przekonanych, że skoro znany inwestor wkłada w "coś" swoje pieniądze, to można w to wchodzić w ciemno, nie patrząc nawet, czym spółka się zajmuje ani jakie ma perspektywy.

Takie zbiorowe zachowania były szczególnie widoczne podczas szczytu ostatniej hossy. Działała wtedy na parkiecie tzw. zasada "Mickey Mouse". Chodzi o to, że jak mówimy "Mickey", to zaraz bezwiednie chcemy dodać "Mouse". Gracze rozumowali tak: "Mickey" to był giełdowy guru, a "Mouse" - pewny zysk.

Gdy w 2007 r. Roman Karkosik przejął NFI Kwiatkowski, naśladowcy wierzący w jego szczęśliwą rękę do interesów wprost rzucili się na papiery funduszu. W dwa tygodnie wartość Kwiatkowskiego wzrosła siedmiokrotnie! Inwestorzy zadziałali jak z automatu: skoro wcześniej spółki Karkosika takie jak Boryszew czy Impexmetal dały im zarobić fortunę, to nie było się nad czym zastanawiać, tylko kupować. Nie przeszkadzało im to, że Karkosik trochę przewrotnie przechrzcił NFI ze słynnego budowniczego przedwojennego polskiego przemysłu na mitycznego króla Midasa, który zamieniał wszystko w złoto.

Kilka miesięcy później historia się powtórzyła. Karkosik przejął kolejny NFI - tym razem II. Kurs poszybował w górę, a fundusz dostał innego antycznego patrona - tym razem słynącego z przeogromnych skarbów króla Lidii Krezusa.

Drobni inwestorzy bardzo chętnie kupowali też biznesowe marzenia, byle byłyby to marzenia gwarantowane przez inwestorów znanych z pierwszych stron gazet. W samym szczycie ostatniej hossy bez zmrużenia oka kupili marzenia Ryszarda Krauzego o wielkiej ropie. Jego spółka poszukiwawcza Petrolinvest sprzedała akcje za 120 mln zł z 90 proc. redukcją w ofercie publicznej po 227 zł. Mimo że w dniu debiutu nie wydobyła jeszcze ani jednej baryłki ropy, to inwestorzy wycenili ją na 2,3 mld zł. W pierwszy dzień notowań akcjami spółki handlowano nawet na kosmicznym poziomie 620 zł. Kto z drobnych załapał się na akcje w ofercie publicznej, ten zrobił interes życia. Sam Krauze księgowo zarobił w jeden dzień miliard złotych.

Szaleństwo giełdowe na swoim punkcie, a także na punkcie rozchwytywanych wówczas deweloperów wykorzystał Leszek Czarnecki. Warta nieco ponad miliard złotych oferta jego wrocławskiej spółki LC Corp w połowie 2007 r. cieszyła się gigantycznym zainteresowaniem. Inwestorzy brali masowo kredyty, spodziewając się dużej redukcji zamówień. Na każdą własną złotówkę mogli pożyczyć nawet 99 zł, co było rekordem w historii tzw. lewarowania na GPW. W sumie zapisali się na akcje LC Corp za 11 mld zł! Mieli świeżo w pamięci wcześniejszy debiut innej spółki Leszka Czarneckiego - banku dla VIP-ów Noble Banku (na debiutanckiej sesji papiery banku kosztowały nawet dwa razy więcej, niż płacono w ofercie publicznej). Znany inwestor upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: sam sprzedał akcje LC Corp za kilkaset milionów złotych, a jego Getin Bank zarobił, pożyczając inwestorom pieniądze na zakup akcji. Ale debiut LC Corp nie powtórzył sukcesu Noble Banku, co dowiodło, że magia wielkiego nazwiska nie zawsze gwarantuje drobnym inwestorom zarobek. Przekonali się wtedy na własnej skórze, że owczy pęd do kupowania akcji w szczycie hossy może się skończyć wpadką.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów