- Częścią naszego pomysłu na samorządy jest wsparcie miejscowych środków masowego przekazu. One są dzisiaj dużo, dużo za słabe w powiecie, gminie. Albo ich nie ma, albo są zależne od władzy, niewiele mogą zdziałać. Te instytucje same się nie utrzymają. Trzeba te wielkie media opodatkować. Niech Michnik trochę zapłaci, Walter, potentaci - przekonywał Jarosław Kaczyński podczas konwencji samorządowej PiS w Lublinie.
- Dziękujemy za troskę, ale poradzimy sobie sami, bez dotacji państwowych, tak jak do tej pory. Nie chcemy janosikowych pieniędzy zabranych Agorze i TVN. Nie jesteśmy kopciuszkami, czy sierotkami, które ledwo zipią, lecz normalnym segmentem rynku prasowego. Opowiadamy się za wolną konkurencją, a nie wspomaganiem kroplówkami słabych - mówi Dominik Księski, wydawca „Tygodnika Lokalnego »Pałuki «” oraz prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych (SGL). Zrzesza ono ponad sto tytułów, których łączny nakład sięga 900 tys. egzemplarzy. A łączna liczba czytelników waha się na poziomie 4 mln.
Prezes SGL podkreśla, że gazety lokalne już korzystają ze wsparcia państwa dzięki obniżonej stawce podatku VAT. Te, których nakład nie przekracza 15 tys. egzemplarzy, a przychody z reklam nie zajmują więcej niż 33 proc. powierzchni gazety, płacą obecnie zerową stawkę. Tytuły, które przekroczyły te progi, płacą taki sam podatek jak ich ogólnopolscy rywale. - To duże wsparcie, choć od 1 lutego będzie mniejsze, bo w ramach rządowej reformy VAT nasza stawka ma wzrosnąć do 5 proc. Na list o utrzymanie zerowej stawki wysłany przez SGL do Jarosława Kaczyńskiego jeszcze jako do premiera nie otrzymałem do dziś odpowiedzi - mówi Księski. (W 2007 r. rząd negocjował przedłużenie zerowej stawki VAT na książki i czasopisma lokalne i specjalistyczne. Udało się wydłużyć okres przejściowy do 2010 r., ale z zastrzeżeniem, że to już ostatni raz). I dodaje, że z wypowiedzi szefa PiS nie wynika jednoznacznie, że chodzi o wzmocnienie gazet niezależnych, a nie samorządowych.
Dla wydawców prywatnych gazety samorządowe są bolączką, z którą borykają się od lat. Z jednej strony są dotowane przez państwo, a z drugiej sięgają po pieniądze z rynku ogłoszeniowego. Na dodatek przedsiębiorcy uważają, że za pomocą własnych pism władze lokalne często usiłują wpłynąć na ich tytuły finansowo, decydując o tym, gdzie skierują zamówienia reklamowe. Dlatego SGL stoi na stanowisku, że samorządy powinny przestać parać się działalnością wydawniczą. Ustawa o samorządzie terytorialnym zabrania im prowadzenia działalności gospodarczej, ale z zastrzeżeniem "o ile nie zezwalają na to inne przepisy". Zezwala na to natomiast prawo prasowe.
Według SGL liczba wydawnictw należących do władz lokalnych rośnie w szybkim tempie. - Ilość gazet samorządowych można szacować w tysiącach, a służą one zazwyczaj do marketingu politycznego - uważa prezes stowarzyszenia. Np. w Mogilnie (woj. kujawsko-pomorskie) samorząd zaczął wydawać jednodniowe publikacje bez numeru ISSN i bez rejestracji sądowej, nazywając je „biuletynem”. Jeszcze gorzej jest z „Głosem Mogilna”, do którego nikt nie chciał się przyznać. Nie miał nawet stopki redakcyjnej, a szatą graficzną imitował biuletyn starostwa. „Ideą wydania przez powiat kilku jednodniówek była chęć pokazania dokonań kończącej się kadencji samorządu powiatowego, nie ma w nich żadnych odniesień ani podtekstów politycznych. Proszę nie łączyć faktu ukazania się »Głosu Mogilna « z moją osobą” - napisał w oświadczeniu starosta mogileński Tomasz Barczak. Poszukiwaniami stopki redakcyjnej zajęła się więc komenda policji, ale bezskutecznie. - Pod koniec października prokuratura rejonowa odmówiła wszczęcia dochodzenia z uwagi na brak interesu społecznego - tłumaczy Marek Jankowski, zastępca komendanta policji w Mogilnie.