Biznes Ludzie Pieniądze

G20 w imię wzrostu. Mimo poważnych różnic w poglądach

Leszek Baj
11.11.2010 , aktualizacja: 11.11.2010 20:26
A A A Drukuj
"Wspólny wzrost ponad kryzysem" - takie hasło promują organizatorzy szczytu przywódców państw G20 w Seulu. Jednak światowe mocarstwa do współpracy się nie palą - w imię wzrostu własnej gospodarki
Sporom polityków w Seulu towarzyszyły uliczne protesty przeciw szczytowi G20
Sporom polityków w Seulu towarzyszyły uliczne protesty przeciw szczytowi G20


Przywódcy największych światowych mocarstw gospodarczych spotkali się w czwartek na szczycie G20 w stolicy Korei Południowej. Próbują znaleźć odpowiedzi na największe problemy ekonomiczne na świecie, m.in. jak pobudzić wzrost gospodarczy i zrównoważyć światową gospodarkę. Jednak współpraca po kryzysie nie jest łatwa. O ile jeszcze w 2008 i 2009 r. dla światowych przywódców jasne było, że najważniejsze jest wspieranie gospodarek i ratowanie instytucji finansowych, to teraz wizje osiągnięcia trwałego wzrostu gospodarczego na świecie są diametralnie różne.

- Najważniejszą rzeczą, jaką Stany Zjednoczone mogą zrobić dla światowej gospodarki, jest nasz wzrost PKB, bo jesteśmy cały czas największą gospodarką i silnikiem napędzającym inne kraje - twierdzi prezydent USA Barack Obama. Broni w ten sposób decyzji podjętych w zeszłym tygodniu przez amerykańską Rezerwę Federalną, która ogłosiła wart 600 mld dol. program skupu obligacji skarbowych z rynku. Ma on dać gospodarce USA dodatkowy impuls do wzrostu. Fed liczy na to, że banki, mając świeżą gotówkę, będą dawały więcej kredytów, a wydatki Amerykanów napędzą wzrost, który w III kw. był na rozczarowującym poziomie 2 proc.

Jednak duzi eksporterzy - jak Niemcy, Chiny czy Brazylia - głośno protestują przeciwko takiej polityce. - To ukryty protekcjonizm - mówi wprost nowa prezydent Brazylii Dilma Rousseff. Kraje te obawiają się, że dodruk dolarów spowoduje osłabienie amerykańskiej waluty, a to może mieć negatywny wpływ na eksport z tych krajów. Kraje wschodzące boją się też, że zalew ich rynków przez taniego dolara może doprowadzić do wzrostu inflacji, powstania baniek spekulacyjnych i utrudnić stabilizację gospodarczą.

Oliwy do ognia dodał były szef Fed Allan Greenspan, który stwierdził, że amerykańskie władze celowo osłabiają dolara. - Nigdy tego nie zrobimy - odparował w wywiadzie dla CNBC sekretarz skarbu Timothy Geithner.

To nie koniec waśni. Amerykanie od dawna naciskają Chiny, aby te pozwoliły swojej walucie - juanowi - na szybsze umacnianie się. Niedowartościowany juan sprawia, że chiński eksport jest bardzo tani, a to wpływa na powstawanie dużej nierównowagi w handlu zagranicznym pomiędzy Chinami i USA. Tylko od stycznia do września 2010 r. Chiny sprzedały do USA towary warte aż o 201 mld dol. więcej niż towary importowane z Ameryki.

Chińskie i amerykańskie władze mają dalej wspólnie pracować nad problemami gospodarczymi. Pekin jednak daje do zrozumienia, że żadnych zdecydowanych kroków nie podejmie, dopóki światowa gospodarka nie stanie na równe nogi.

Tymczasem Stany Zjednoczone chcą, aby światowe mocarstwa zgodziły się na zamieszczenie w ostatecznym komunikacie po szczycie G20 deklaracji o wprowadzeniu systemu kontrolowania nierównowagi gospodarczej. Do tego kraje G20 mają się zobowiązać, że nie będą osłabiały swoich walut, aby zwiększyć konkurencyjność gospodarek. Dzięki temu świat w przyszłości ma uniknąć wojen walutowych.

W cieniu sporów o waluty i nierównowagi gospodarcze na świecie ponownie zaognił się kryzys finansów publicznych w Europie. Tym razem zapalnikiem nie jest jednak Grecja, lecz Irlandia. Analitycy już spekulują o pomocy finansowej dla tego kraju. Aż 20 na 30 ekonomistów przepytanych przez Reutersa stwierdziło, że Irlandia będzie musiała się o nią ubiegać jeszcze przed końcem 2011 r.

W tym roku deficyt irlandzkiego sektora finansów publicznych może sięgnąć rekordowego poziomu 32 proc. PKB. To wynik ratowania z państwowej kasy irlandzkich banków. W czwartek oprocentowanie irlandzkich obligacji dziesięcioletnich zbliżyło się do rekordowego poziomu 9 proc., czyli o ponad 6 pkt proc. więcej niż podobnych obligacji niemieckich. Jednocześnie inwestorzy sprzedawali obligacje hiszpańskie czy portugalskie.

Sytuację próbował uspokajać szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. - Mamy wszelkie możliwe instrumenty, aby w razie potrzeby wesprzeć Irlandię - powiedział podczas szczytu G20. W maju kraje UE stworzyły fundusz ratunkowy wart 750 mld euro, z którego w razie kłopotów mają być wspierane kraje UE.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów