Witold Gadomski: W jaki sposób teoria gier może być pomocna w zrozumieniu mechanizmów obecnego kryzysu finansowego?
Erik Maskin*: W języku teorii gier można opisywać rozmaite zjawiska ekonomiczne. Kryzys finansowy można opisywać jako konflikt między bankami a społeczeństwem. Możemy stworzyć system bodźców i regulacji, które skłonią banki do brania na siebie większego ryzyka i utrzymywania wysokiego zadłużenia lub też odwrotnie - ograniczą skłonność do nadmiernego zadłużania. Istnieje wyraźna sprzeczność między celami banków a celami społeczeństwa zainteresowanego w ograniczaniu ryzyka, ale też zainteresowanego w tym, by akcja kredytowa nie była hamowana w okresie złej koniunktury.
Czy za pomocą odpowiednio zaprojektowanego systemu instytucji i bodźców można uniknąć kryzysów gospodarczych?
- To raczej niemożliwe. Gdybyśmy chcieli całkowicie wyeliminować ryzyko kryzysów finansowych, musielibyśmy interweniować zbyt silnie, aż wprowadzilibyśmy system gospodarki centralnie planowanej. Wówczas przestałyby nam zagrażać tego rodzaju kryzysy, ale skądinąd wiemy, że gospodarka centralnie planowana jest nieefektywna. Kryzysy finansowe będą więc zawsze nam towarzyszyły, ale poprzez lepiej zaprojektowany system można zmniejszyć prawdopodobieństwo ich występowania i głębokość. Gdyby istniały odpowiednie regulacje zakazujące bankom udzielania kredytów hipotecznych osobom bez wiarygodności kredytowej, obecny kryzys po prostu by się nie zdarzył.
Nie jestem pewien. Przez wiele lat kolejne rządy amerykańskie zachęcały banki do udzielania takich źle zabezpieczonych kredytów hipotecznych.
- To prawda. Rząd ignorował swoją odpowiedzialność za regulacje bankowe.
Chodziło o politykę - wspieranie osób o niskich dochodach, by mogły nabyć własny dom lub mieszkanie.
- Oczywiście. Rząd działa w interesie społeczeństwa, ale ten interes nie zawsze właściwie definiuje. Nie można naruszać podstawowych zasad ekonomii, gdyż przyniesie to złe skutki społeczeństwu. Zaniechanie właściwych regulacji bankowych nie było działaniem w interesie społeczeństwa.
Dwa lata temu napisał pan w "Newsweeku", że należy odróżniać obszary gospodarki wymagające regulacji od takich, które lepiej sobie radzą bez interwencji z zewnątrz. Dlaczego zalicza pan sektor finansowy do tej pierwszej kategorii?
- Dlatego, że banki są w centrum całego systemu gospodarczego. Kiedy bank żąda od klienta zwrotu pożyczki, sprawia mu kłopot. Ale jednocześnie niekorzystnie wpływa na sytuację innych banków, które również pożyczyły temu klientowi pieniądze. Wzrasta bowiem ryzyko, że klient innym bankom nie będzie w stanie spłacić pożyczki. Mówimy, że ten pierwszy bank wywiera tzw. efekt zewnętrzny na cały system bankowy, którego inne banki w swej polityce kredytowej nie uwzględniły. Dopóki banki kontynuują akcję kredytową, wszystko jest w porządku. Ale jeśli jakieś banki wycofują się z kredytowania, gdyż ich klienci zbankrutowali, zmuszają inne, by również one zażądały od swych klientów spłaty pożyczek. W okresie boomu poziom lewarowania (czyli zadłużania podmiotów) jest coraz wyższy i może osiągnąć stan zbyt wysoki. Wtedy banki i inne instytucje finansowe mogą wpaść w kłopoty na skutek stosunkowo niewielkiego spadku wartości majątku, którym są zabezpieczone kredyty. Jeżeli kredyty są spłacane, zyski banków rosną i można tolerować to, że niektóre kredyty spłacane nie są. Ale jeśli takich niespłacanych kredytów jest coraz więcej, bank bankrutuje, a za nim kolejne instytucje finansowe. Powstaje reakcja łańcuchowa, która może sparaliżować całą gospodarkę. Podobny "efekt zewnętrzny" nie istnieje na rynku ziemniaków czy samochodów i dlatego one nie wymagają regulacji.
Regulacje mają ograniczyć "efekt zewnętrzny"?
- Mają ograniczyć ryzyko z nim związane oraz jego skutki.
Czy regulacje bankowe przyjęte przez Kongres USA w lipcu uważa pan za wystarczające i odpowiednie?
- Sądzę, że był to krok we właściwą stronę. Regulacje mogłyby być mocniejsze, ale i tak są lepsze niż to, co było do tej pory. Ale dopiero po jakimś czasie okaże się, w jaki sposób te regulacje są wprowadzane w życie.
Czy sądzi pan, że większość problemów mamy już za sobą? Czy czeka nas kolejna fala kłopotów wynikająca z nadmiernego zadłużenia państw, nadmiaru płynności w bankach?
- Większość problemów, które były przyczyną ostrego kryzysu finansowego, została rozwiązana, choć nie wszystkie. W Stanach Zjednoczonych jest wiele osób, które nie są w stanie spłacać kredytów hipotecznych. Ale rynek finansowy jest znacznie bardziej stabilny niż przed dwoma laty. Konsekwencje kryzysu w sferze finansów odczuwa gospodarka realna, która znacznie wolniej odrabia straty. Szczególnie dotyczy to rynku pracy. Bezrobocie utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie i jest to poważny problem w wielu krajach, włącznie z USA. Gospodarka jeszcze nie odrobiła strat wynikających z trwającej przez dwa lata recesji. Zmiany idą we właściwym kierunku, ale następują bardzo powoli.
Co pan sądzi o polityce gospodarczej Baracka Obamy? Przed dwoma laty poparł pan obecnego prezydenta.
- Głosowałem na Obamę i choć nigdy nie byłem jego doradcą, popieram większość jego posunięć. Sądzę, że zrobił kawał dobrej roboty, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich przyszło mu rządzić.
Czy wysokie bezrobocie nie świadczy o błędach polityki rządu Obamy?
- Gdyby nie plan pobudzania gospodarki przez wzrost wydatków czy uratowanie przemysłu samochodowego, bezrobocie byłoby dramatycznie wyższe. Oczywiście obecny poziom też jest wysoki, ale trzeba pamiętać, że bez polityki prowadzonej przez obecnego prezydenta sytuacja byłaby gorsza.
Czy wysokie zadłużenie państw, szczególnie Stanów Zjednoczonych, Europy, Japonii, to poważny problem?
- W długim okresie oczywiście tak. Ale bardziej niepokoi mnie przywiązywanie przez polityków nadmiernej wagi do tego problemu. Zamiast tego powinni szukać sposobów na ożywienie gospodarki. Nie wiem, w jaki sposób moglibyśmy powrócić do normalnego poziomu bezrobocia w USA, jeśli dokonalibyśmy znaczących cięć wydatków publicznych po to, by zredukować zadłużenie. Przeciwnie, jeśli chcemy pobudzić gospodarkę, musimy zwiększać popyt i konsumpcję. Ponieważ Amerykanie zaczęli więcej oszczędzać, a to oznacza, że wydają mniej pieniędzy, musi ich zastąpić rząd, wydając więcej. Jeśli dziś będziemy się martwili zadłużeniem, gdy gospodarka nie wróciła jeszcze do zdrowia, znajdziemy się w niebezpieczeństwie.
Ale polityka pobudzania gospodarki sprawia, że dług publiczny wciąż się powiększa. Czy to nie jest niepokojące?
- Do tego problemu można się będzie zabrać wówczas, gdy powróci pełne zatrudnienie, a przynajmniej bezrobocie spadnie do, powiedzmy, 7 proc. Wówczas powstanie możliwość zacieśniania polityki fiskalnej i monetarnej. Teraz jest na to o wiele za wcześnie.
Mówi się coraz częściej o wojnie walutowej między USA, Chinami, Japonią, Europą. Czy teoria gier, która pomagała politykom podejmować decyzje w okresie zimnej wojny, może pomóc w opracowaniu właściwej strategii wojny walutowej?
- Nie nazwałbym tego wojną walutową. Problemem jest polityka Chin, które utrzymują sztucznie zaniżony kurs walutowy. O ile kurs innych walut kształtuje się swobodnie na rynku, o tyle Chiny mają kurs sztywny, który się nie zmienia odpowiednio do tego, jak rosną chińskie rezerwy walutowe. Taka polityka powoduje problemy w obrocie handlowym między Chinami, Stanami Zjednoczonymi i innymi państwami. Rozwiązanie jest proste - Chiny powinny zmienić swoją politykę kursu walutowego. Nie potrzeba tu teorii gier, więc analogia z zimną wojną jest nietrafiona. W latach 50. czy 60. chodziło o wypracowanie strategii, która pozwoliłaby osiągnąć Stanom Zjednoczonym jak największe korzyści w konfrontacji z ZSSR przy jak najniższym ryzyku doprowadzenia do wzajemnego zniszczenia. Wtedy sytuacja była rzeczywiście skomplikowana.
Otrzymał pan Nagrodę Nobla wraz ze zmarłym przed dwoma laty profesorem Leonidem Hurwiczem, który pochodził z Polski. Czy jest pan w Polsce pierwszy raz i czy zna pan sytuację gospodarczą i polityczną naszego kraju?
- Jestem w Polsce po raz pierwszy. Nie jestem specjalistą od spraw Polski i gospodarek przechodzących od systemu centralnego planowania do rynkowego. Napisałem kilka wspólnych prac z węgierskim profesorem Janosem Kornaiem, który należy do najwybitniejszych ekspertów w tej dziedzinie. Co do Polski, to wiem, że jako jedyny kraj w Europie uniknęliście w ubiegłym roku recesji, a to robi na mnie duże wrażenie.
* Erik Maskin - ekonomista, profesor Institute of Advanced Study w Princeton, w 2007 r. wspólnie z Leonidem Hurwiczem (Polakiem z pochodzenia) i Rogerem Myersonem otrzymał Nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii za "stworzenie fundamentów teorii projektowania mechanizmów gospodarczych" (mechanism design theory). Szwedzka Akademia Nauk podkreśliła, że teoria ta pozwala "odróżnić sytuacje, w których rynki funkcjonują dobrze, od tych, w których rynki funkcjonują źle"