W nocy z poniedziałku na wtorek, około północy, wszystko było już jasne. W nakazanym przez prawo terminie Parlament Europejski nie dogadał się z unijnymi rządami w sprawie budżetu UE na 2011 r.
Klęska negocjacji ostatniej szansy oznacza, że przynajmniej w pierwszych miesiącach przyszłego roku Unia będzie musiała funkcjonować na budżetach prowizorycznych - w każdym kolejnym miesiącu nie będzie mogła wydawać więcej, niż 1/12 budżetu z 2010 r.
CZYTAJ także
komentarz Konrada Niklewicza z "Gazety Wyborczej" i Wyborcza.biz
Na co nie starczy pieniędzy Dla krajów takich jak Polska nie powinno to mieć tragicznych konsekwencji: pieniędzy na wypłatę dotacji i na dopłaty dla rolników powinno starczyć. Ale już na nowo powołaną Unijną Służbę Dyplomatyczną - kasy nie starczy. Tak sama jak nie starczy jej na inwestowanie w budowę siłowni termojądrowej ITER oraz - i to już jest dla Polski bardziej niepokojące - na unijny "fundusz solidarności", z którego wypłaca się pomoc dla krajów dotkniętych klęskami żywiołowymi.
Negocjacje nad budżetem na 2011 r. nie załamały się dlatego, że rządy i europarlament pokłóciły się o pieniądze. Akurat w kwestii kwot obie strony były zgodne: Europarlament ustąpił ze swoich wcześniejszych żądań wysokiej podwyżki i był gotów zgodzić się na to, by budżet wydatków unijnych w 2011 r. był powiększony o 2,9 proc. - niewiele ponad inflację.
Rozmowy budżetowe załamały się, bo rządy nie chciały zgodzić się, żeby od teraz Parlament Europejski miał prawo współdecydować o najbardziej fundamentalnych kwestiach budżetowych, by mógł narzucać rządom tematy do dyskusji - takie jak choćby ustanowienie nowych źródeł finansowania budżetu unijnego. Europarlamentowi zależało na dyskusji o nowych źródłach finansowania budżetu, bo europosłowie uważają, że nie może być tak, że instytucjom unijnym dodaje się obowiązków bez zapewnienia adekwatnego finansowania.
Parlament się nie ugiął W poprzednich latach negocjacje budżetowe wyglądały tak, że rządy rzucały na stół projekt budżetu i stawiały europosłów przed faktem dokonanym. Od czasu do czasu na otarcie łez rządy godziły się dodać tu miliard, tam miliard.
Sytuacja zmieniła się po wejściu w życie traktatu lizbońskiego. Znacząco wzmocnił on pozycję Parlamentu Europejskiego w negocjacjach budżetowych. I europosłowie chcieli to wykorzystać. W zamian za swoje ustępstwo w sprawie kwot budżetu na 2011 r. zażądali, żeby rządy zobowiązały się do rozpoczęcia debaty na temat zasad finansowania unijnego budżetu. Brzmi niewinnie, ale w istocie byłby to dla Unii Rubikon - PE po raz pierwszy naprawdę zacząłby współdecydować o tym, jak wygląda debata budżetowa.
Pozycję europosłów wzmacniało to, że PE jest jedyną demokratycznie wybieraną instytucją Unii. Rada Unii Europejskiej to nic innego jak przedstawiciele rządów, zaś w skład Komisji Europejskiej wchodzą komisarze przez te rządy mianowani.
Tego żądania nie mogła jednak zaakceptować część unijnych rządów, z konserwatywnym gabinetem Davida Camerona, premiera Wielkiej Brytanii, na czele. Brytyjskie stanowisko wsparli jeszcze Szwedzi i Holendrzy.
Kilka miesięcy prowizorycznego budżetu Co się stanie dalej? Zgodnie z prawem procedura tworzenia unijnego budżetu na 2011 r. zacznie się od początku. Komisja Europejska stanie na głowie, żeby to trwało jak najkrócej - ale już teraz ostrzega, że trzy-cztery miesiące prac to minimum. Tak więc mamy już pewność, że w 2011 r. Unia wkroczy na prowizorycznym budżecie.
Zresztą nigdzie nie jest powiedziane, że za trzy miesiące sytuacja się nie powtórzy.
- To jest godne pożałowania. Przecież ten budżet nie był dla Brukseli. On był dla obywateli Unii, dla przedsiębiorstw, dla naukowców, studentów i dla wiejskich gmin - komentował fiasko poniedziałkowych rozmów Janusz Lewandowski, komisarz ds. budżetu.
- Jestem bardzo zawiedziony tym, że nie udało się zawrzeć porozumienia w sprawie budżetu na 2011 r. Parlament Europejski, wsparty przez zdecydowaną większość polityczną, Komisja i wiele państw członkowskich były gotowe do porozumienia. Tylko mała mniejszość państw zablokowała to, nie zgadzając się na konstruktywną dyskusję z parlamentem o tym, jak wdrożyć przepisy traktatu - powiedział Jerzy Buzek, przewodniczący PE. - Państwa podjęły bardzo niefortunną decyzję. Mieliśmy bardzo wyważone stanowisko. Nie prosiliśmy ani o jedno euro więcej!
Już dziś wiadomo, że sprawa sporu budżetowego będzie jednym z głównych tematów szczytu Unii Europejskiej, 16-17 grudnia w Brukseli.