- Sytuacja się poprawia, ale wolniej, niż się spodziewaliśmy - mówi minister w wywiadzie dla
radia B 92. Skarży się też na opór kolegów z rządu. Jego resort próbował uruchomić awaryjny import mleka z krajów UE, ale minister finansów nie zgodził się obniżyć ceł. - Mleka nie ma nie z powodu ceł, ale złej polityki rolnej prowadzonej przez ludzi Milosavljevicia - natychmiast odpowiedział resort finansów.
Tymczasem mleczny kryzys trwa od miesięcy. Najbardziej widać w serbskiej stolicy Belgradzie. W wielu sklepach spożywczych półki z nabiałem świecą pustkami. Oprócz mleka nie ma także masła. Ci, których na to stać, mogą kupić wyroby sprowadzane z UE. Są one jednak horrendalnie drogie. Sytuacja jest tak poważna, że wielu mieszkańców Serbii przypomina sobie o czasach oenzetowskich sankcji. 11 lat temu, podczas wojny w Kosowie nałożono je na kraj.
Mleka brakuje, bo serbscy rolnicy ledwo wiążą koniec z końcem. Z powodu kryzysu tylko w tym roku na ubój poszło 80 tys. mlecznych krów. A co gorsza, państwo obniżyło dopłaty do mleka, a kraj dotknęła w tym roku susza. Kolejny problem to Imlek - główny przetwórca mleka w Serbii, któremu rząd zarzuca praktyki monopolistyczne i zaniżanie cen skupu. Dwa tygodnie temu do centrali firmy wkroczyli prokuratorzy. Jej właścicielowi oligarsze Milanowi Beko grozi więzienie. Imlek zarzuty odrzuca, a winą za mleczny kryzys obarcza rząd.