Kampania rozpoczęła się w zeszłym tygodniu pod hasłem "Pilipinas Kay Ganda" ("Filipiny, cóż za piękność"). Przygotowała ją lokalna firma. Na zlecenie ministerstwa zgodziła się przygotować projekt za darmo. Efekt? Filipiny znów zyskały sławę, ale nie taką, jakby chciał tego rząd.
Krytycy nie zostawili na projekcie suchej nitki. Po pierwsze dlatego, że adres strony internetowej, która miała promować ten wyspiarski kraj, był niemal identyczny z adresem jednej ze stron porno z filipińskimi modelkami. Po drugie, logo Filipin łudząco przypomina polskie.
Głosy krytyków trafiały jak groch o ścianę. Do czasu, kiedy na temat plagiatu i kontrowersyjnej strony wypowiedział się prezydent Filipin Benigno Aquino.
- Ani inwestorzy rynku turystycznego, ani opinia publiczna nie przyjęły kampanii dobrze - powiedział prezydent.
Po tym oświadczeniu ministerstwo zdecydowało odwołać całą kampanię. - projektu nie dało się poprawić. Spotkał się z tak mocną krytyką, że musieliśmy go zamknąć, napisało ministerstwo w oficjalnym oświadczeniu.
Opóźnione działanie ministerstwa skrytykował znawca filipińskiego rynku turystycznego Anton Diaz - Tuż po rozpoczęciu kampanii było wiadomo, że pomysł się nie podoba. Wtedy już należało go wycofać. Głos prezydenta nie był do tego potrzebny - powiedział Diaz.
To nie pierwsza wpadka Filipin. Kilka miesięcy temu kraj ten zasłynął z nieudolności policji, która nie zdołała uchronić turystów z Hongkongu przed porywaczem. Zginęło wtedy osiem osób. Tamtejsza
policja przyznała, że do akcji zabrakło jej wszystkiego: przeszkolenia, sprzętu i negocjatora.