Rafał Zasuń
Piątek był ostatnim dniem zapisów inwestorów indywidualnych na akcje Sadowoj. To czwarta co do wielkości prywatna kopalnia węgla na Ukrainie. Kopalnia z Łuhańska na wschodniej Ukrainie chce pozyskać na GPW do 60 mln dol. Będzie też trzecią węglową spółką notowaną na GPW - jako pierwszy wszedł czesko-holenderski NWR, a później lubelska Bogdanka. W porównaniu z nimi Sadowaja jest niewielka, ale ma niezłe wyniki - przez pierwsze trzy kwartały br. 40 mln dol. przychodów i prawie 8 mln dol. zysku.
Rafał Zasuń: Kiedy pytałem o pana i pana firmę znajomych ukraińskich analityków, większości z nich był pan kompletnie nieznany.
Oleksandr Tołstuchow: Przecież nie jesteśmy artystami. Dotychczas nie potrzebowaliśmy rozgłosu. Po prostu koncentrowaliśmy się na rozwoju biznesu. Do niedawna w ogóle nie myśleliśmy o giełdzie. Zresztą kiedy zapyta się o nas energetyków i hutników, którym dostarczamy węgiel, to znają nas na pewno.
Dlaczego wybraliście akurat giełdę w Warszawie?
- Jest bardzo atrakcyjna pod wieloma względami - płynności obrotu czy warunków dla notowanych firm. Giełda w Londynie jest dla nas jeszcze zbyt duża, a giełdę we Frankfurcie uważamy dziś za niewystarczająco płynną. Wydobywanie węgla to bardzo kosztowny biznes - nie można go rozwijać wyłącznie z własnych środków ani korzystając tylko z kredytów bankowych.
Ostatnio coraz więcej ukraińskich firm wybiera właśnie warszawską giełdę. Na Ukrainie nie ma warunków do przyciągnięcia inwestorów?
- Klimat inwestycyjny na Ukrainie nie jest najlepszy. Nie ma przepisów, które by go poprawiały. Nasze giełdy pracują nieefektywnie, nie są w stanie przyciągnąć kapitału. GPW jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków w Europie. Mogliśmy spróbować wejść na przykład na giełdę rosyjską, ale z Polską więcej nas łączy. Polska ma także ogromne zasoby węgla wydobywanego podobnymi metodami, ludzie dobrze wiedzą, co to takiego.
Kupiliście w 2002 roku nierentowną państwową kopalnię przeznaczoną do zamknięcia. Wam się opłacało ją eksploatować.
- W każdym kraju państwo nie zawsze jest efektywnym właścicielem. Na Ukrainie w państwowych kopalniach cały czas powoli, ale systematycznie spada wydobycie. W prywatnych rośnie. A jak to się stało w naszej kopalni? Wzięliśmy się do jej odbudowy i odbudowaliśmy. Wszystko zależy, od tego jak właściciel traktuje swoją własność.
Jak kryzys na Ukrainie wpłynął na waszą firmę?
- Bardzo mocno, jako rezultat spowolnienia we wszystkich sektorach wykorzystujących węgiel, które z kolei ucierpiały ze względu na spadek zapotrzebowania. Dodatkowo poprzedni rząd uniemożliwił państwowym instytucjom kupowanie węgla w prywatnych kopalniach. Żadne protesty nie pomagały. Zabroniono nawet państwowym kopalniom eksportu węgla, żeby więcej go zostało w kraju, ale ceny wcale nie spadły. Jednak najgorsze już za nami, produkujemy już tyle węgla, ile przed kryzysem. Popyt na węgiel rośnie coraz szybciej i co najważniejsze - dostarczamy coraz więcej surowca do prywatnych, niezależnych odbiorców. Naszym zdaniem na świecie będzie występował deficyt węgla energetycznego. My nastawiamy się głównie na Bułgarię i Indie.
Ile pieniędzy chcecie pozyskać z giełdy i na co je przeznaczycie?
- Do 60 mln dol. Planujemy wykorzystać te środki na modernizację posiadanych kopalni, kupno maszyn do odzysku węgla z hałd, budowę nowych kopalni i finansowanie kapitału obrotowego.
Jest pan byłyem oficerem Armii Radzieckiej. Jak to się stało, że zajął się pan biznesem?
- Po rozpadzie ZSRR miałem wybór: zostać w armii albo zająć się czymś innym. Miałem wtedy 27 lat. W armii nauczyli mnie koordynacji różnych rodzajów wojsk. Myślę, że to teraz bardzo pomaga w prowadzeniu biznesu. I w wojsku, i w cywilu strategia, planowanie czy dyscyplina to klucz do sukcesu.
Od razu weszliście w węglowy biznes?
- Najpierw dostarczaliśmy maszyny i materiały hutom i kopalniom. Lata 90. były bardzo trudne, przedsiębiorstwa nie miały pieniędzy, rozliczały się barterem - czyli płaciły węglem albo metalami. Musieliśmy gdzieś ten węgiel sprzedawać. I tak to się zaczęło.