Dlatego nie należy się dziwić, jeśli rząd czy prezes NBP wypowiadają się ostrożnie, jeśli chodzi o termin przyjęcia wspólnej waluty przez Polskę. Dziś gołym okiem widać, że sytuacja w Polsce jest bardziej stabilna niż w Grecji. Dlatego nie spodziewałbym się, żebyśmy przyjęli euro w tej dekadzie - mówi Ryszard Petru z SGH
Ryszard Petru
Nie dziwię się, kiedy prezydent Korowski mówi, że trzeba być gotowym na euro, ale bez pośpiechu. Moim zdaniem obecnie politycy nie mają żadnego interesu, żeby dążyć do wprowadzenia wspólnej waluty. Dziś euro kojarzy się z kryzysem i z zamieszkami. A w Polsce, która ma złotego, sytuacja jest dużo bardziej stabilna niż w Grecji.
Co gorsza, Unia nie ma planu "B". Nie wie, co zrobić, jeśli jakiś kraj staje się niewypłacalny. Wprowadza się plany ratunkowe, co uspokaja polityków, ale rynkom finansowym przestaje to wystarczać.
Dopóki kraje strefy euro nie uzgodnią jasnego mechanizmu karania, np. poprzez restrukturyzację długu, zamiast ratowania poszczególnych krajów Unia nie będzie zachęcać do wejścia do swojego grona.
Dotąd euro usypiało czujność i dawało niektórym krajom poczucie komfortu jazdy pierwszą klasą. Efekt? Grecy żyli ponad stan, a Irlandczycy pozwolili za bardzo rozrosnąć się swojemu sektorowi bankowemu.
Na razie Polska i tak nie spełnia kryteriów konwergencji, od których uzależnia się przyjęcie euro. Jednak już w ciągu kilku lat może się to zmienić. Pokazały to ostatnie wydarzenia w Brukseli, która może się zgodzić na odliczanie długu OFE od naszego deficytu. Czy wstąpimy od razu do strefy euro, jeśli spełnimy kryteria?
Uważam, że dla Polski przyjęcie wspólnej waluty jest ważne, bo pozwoli nam współdecydować o najważniejszych sprawach finansowych dla Europy. Dziś w kontekście finansów jesteśmy poza nawiasem, nasze interesy nie są uwzględniane.