Kiedy czują, że są śmiertelnie chore, opuszczają społeczność, by jej nie zarazić. Inne, by lepiej zamaskować wejście do kolonii, zostają na zewnątrz, gdzie giną z zimna. Jeszcze inne służą jako żywe spiżarnie dla reszty. Cóż, gdybyśmy przypominali mrówki, organizacje charytatywne nie miałyby sensu. Wszyscy bylibyśmy wolontariuszami. A ludzie? Tylko ci wielkiego serca mogą dorównać małym mrówkom. Taki np. Zell Kravinsky - najpierw oddał potrzebującym 45 milionów dolarów (to największy donator słynnego CDC - Centrum Zapobiegania i Zwalczania Chorób), a potem... "Czy on zwariował" - pytał "The New Yorker", opisując historię z lipca 2003 r. Wczesnym rankiem Kravinsky wymknął się z domu i udał do kliniki w Filadelfii, gdzie podarował nerkę biednej, czarnej i niespokrewnionej z nim kobiecie. Tak daleko idącej szczodrości nie mogła pojąć nawet jego żona (o wszystkim dowiedziała się z prasy). - Nie miałem innego wyjścia - tłumaczył. - Ryzyko, że oddając nerkę, stracę życie to tylko 1:4 tys. A ryzyko, że bez nerki ta kobieta umrze, aż 1:1. Czy moje życie jest cenniejsze 4 tys. razy? Nie.
Choć godny podziwu, to jednak gest Kravinsky'ego przysporzył mu wrogów. Tak bezkompromisowy altruizm to dla nas za wiele. I mając do wyboru dwa wytłumaczenia: "Albo on jest szalony, albo my samolubni", wybieramy to pierwsze.
Jak wyzwolić w ludziach hojność, wiedzą psycholodzy. Choć ich rady bywają zaskakujące, np.:
Ci, którzy wydają więcej pieniędzy na innych, są o wiele szczęśliwsi od tych, którzy przeznaczają je głównie na własne potrzeby.*
Pomijając to, że w Polsce nie można oddać nerki osobie niespokrewnionej, Kravinsky byłby tu jeszcze większym kuriozum. Polacy zupełnie nie przypominają mrówek, niespieszno nam pomagać jeden drugiemu. W warstwie deklaracji wszystko jest OK: przedkładamy solidarność nad prywatę. A w praktyce? Stowarzyszenie Klon/Jawor ustaliło, że jedynie 16 proc. Polaków angażuje się w wolontariat, a więc nieodpłatnie poświęca czas i pracę na rzecz innych (wg CBOS zaledwie 6 proc.). I choć to o 3 proc. więcej niż w 2009 r. (ale też o 7 proc. mniej niż w rekordowym 2005 r.), to jednak wciąż daleko nam np. do Szwecji (z jej 48 proc.) czy Holandii (33 proc. wolontariuszy, wyręczają 560 tys. pracowników pełnoetatowych).
Największy odpływ wolontariuszy zanotowały organizacje i ruchy religijne - w 2005 r. udzielał się w nich co 25. badany, teraz mniej niż co setny.
Kim jest polski wolontariusz? Zwykle osobą wykształconą (1/3 ma tytuł magistra) i młodą (1/5 to uczniowie lub studenci). - Większość przeznacza na działania społeczne niespełna godzinę tygodniowo - przyznaje Jadwiga Przewłocka z Klon/Jawor.
Właśnie, co oferujemy potrzebującym? Głównie pieniądze (49 proc. respondentów), potem rzeczy (37 proc.), a ostatecznie pracę (12 proc., CBOS, 2010). Choć niechętnie. Liczba osób dzielących się z innymi maleje co roku o kilka procent.
Chcesz zdobyć sympatię jakiejś osoby? Poproś ją o pomoc (efekt Franklina)
Tych, którzy pomagają trojako (datkami, rzeczami i czasem), jest już tylko 7 proc. Tych, którzy nie pomagają nijak, aż 42 proc. Pierwszych ubywa, drugich przybywa.
Kto nie pomaga? Głównie bezrobotni, rolnicy i renciści. Ludzie starsi i słabiej wykształceni.
Najczęstsze wymówki? "Nie mam czasu", "nie interesuję się tym", "nikt mnie o pomoc nie prosił" oraz "wpierw muszę zadbać o siebie i rodzinę".
- Wciąż uważamy się za biedaków - wyjaśnia Maria Zaguła-Holzer z Forum Darczyńców. - Wolimy gromadzić, niż rozdawać. Poza tym PRL rozwinął w nas egocentryzm: najważniejszy jestem ja, moja rodzina i moja kariera. Wielu uważa, że pomoc biednym to zmartwienie państwa. Swoje trzy grosze dorzuca szkoła, która nie uczy współdziałania. Trudno nam się skrzyknąć, by coś zrobić razem. No i na koniec - kryzys, świetne usprawiedliwienie bierności. Nie od rzeczy będzie wspomnieć w tym miejscu, że:
Materializm, czyli żądza gromadzenia dóbr, często wynika z kompleksów i niskiej samooceny
Nasza gotowość do współdziałania maleje od ośmiu lat. Wtedy tylko co czwarty Polak deklarował, że "poza rodziną nie zna nikogo, z kim mógłby współpracować". Teraz mówi tak co trzeci.
- Skupiamy się na własnych potrzebach - potwierdza Jadwiga Przewłocka. - Nie ufamy organizacjom pozarządowym. Aż 48 proc. Polaków podejrzewa je o nadużycia i prywatę.
Ich obiekcje potęguje mnogość takich organizacji: mamy już ponad 75 tys. stowarzyszeń i 9 tys. fundacji, a co roku przybywa nowych (średnio 4 tys. stowarzyszeń i 500 fundacji). Pokutuje myślenie, że "skoro nie znam, to nie dam, bo nie wiem, co z tym zrobią. A może przejedzą?".
- 10 proc. to granica przyzwoitości. Przyjęło się, że tyle zebranych pieniędzy organizacja może przeznaczyć na własne potrzeby - mówi Nina Hałabuz z fundacji Polska - Haiti. Rok temu porzuciła pracę w "Gazecie", by pomóc Haitańczykom dotkniętym najpierw trzęsieniem ziemi, a teraz jeszcze cholerą. Zebrała pieniądze i wysłała trzech lekarzy do epicentrum epidemii. - Żeby pomoc była skuteczna, nie wystarczy np. wysłać SMS-a w szczytnym celu. Trzeba kontrolować organizacje, sprawdzać, na co te środki idą.
Jak? - Raport roczny - podpowiada Paweł Łukasiak z Akademii Rozwoju Filantropii. - Powinien być na stronie internetowej organizacji. Te, które ukrywają, ile kasy dostały i co z nią zrobiły, nie są dla mnie godne zaufania.
W Polsce króluje "filantropia drobnych sum", jak nazywa ją Mirella Panek-Owsiańska, prezes Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Wśród banknotów wypełniających wszelkie puszki i skarbonki królują te z wizerunkiem Mieszka I.