Biznes Ludzie Pieniądze

Jak Holandia pilnuje Polaków

Patrycja Maciejewicz, Haga
29.12.2010 , aktualizacja: 29.12.2010 00:12
A A A Drukuj
Nie ma bata na Wielkiego Brata. Polacy, którzy wyjeżdżają do pracy w Holandii, wpadają w sidła systemu, który skazuje ich na tymczasowe życie pod nadzorem w robotniczych enklawach
Polacy chętnie pracują w Holandii przy uprawach kwiatów
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Polacy chętnie pracują w Holandii przy uprawach kwiatów
Mało kto pamięta, że telewizyjny show "Big Brother" wymyślono w Holandii. Pierwsza edycja odbyła się w 1999 roku. W Almere koło Amsterdamu stanął dom naszpikowany elektroniką. Kamery obserwowały mieszkańców 24 godziny na dobę, nawet w łazience i ubikacji. Życie w domu Wielkiego Brata regulował szczegółowy regulamin, za którego złamanie można było nawet wylecieć z programu. Ta zabawa w podglądanie bardzo spodobała się także Polakom, telewizja TVN wyemitowała aż pięć edycji reality show.

Oko Wielkiego Brata nadal patrzy. Według ubiegłorocznych danych GUS w Holandii pracowało ponad 80 tys. Polaków. Jednak zdaniem Godfrieda Engbersena z instytutu badawczego Risbo w Rotterdamie jest ich znacznie więcej - nawet 150 tys. Przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków, niekoniecznie świadomie, wpada w sidła systemu kontroli, który ma wiele wspólnego z telewizyjnym show.

Rynkiem pracy rządzi ok. 10 tys. agencji pracy tymczasowej. Tylko 2 tys. z nich jest zrzeszonych w federacji. Bywają i takie, które składają się z właściciela, jego furgonetki i komórki.

Najczęściej rekrutacja do szklarni, fabryk, rzeźni odbywa się w Polsce. Płaca 6-8 euro za godzinę. Firma oferuje cały pakiet: praca plus dojazd plus mieszkanie.

Tu dla wielu zaczynają się schody. Agencja staje się panem życia emigranta. Wygodny hotel czasem okazuje się marną norą bez mebli albo zimną przyczepą kempingową oddaloną o godzinę jazdy od miejsca pracy. Za pokój każdy płaci nawet 300 euro miesięcznie, bez względu na liczbę mieszkających w nim osób.

Nawet w najlepszych hotelach pracowniczych nie szanuje się prywatności. Godfried Engbersen, który prowadził badania wśród imigrantów, widział takie miejsca, w których pary kwaterowano w jednym pokoju jeszcze z dwiema-trzema obcymi osobami, a w pomieszczeniach montowano monitoring (wytłumaczenie: by nie było wandalizmu). To skrajność. Powszechne są jednak "inspekcje czystości". Pracownicy agencji mogą bez uprzedzenia wejść do pokoju i sprawdzić, jak się prowadzą jego mieszkańcy (nawet jeśli są akurat w pracy). Za brudną szklankę na stole, niewyniesione śmieci czy buty zostawione w nieodpowiednim miejscu trzeba zapłacić karę - kilkadziesiąt euro. Jeśli w mieszkaniu znaleziono popielniczkę (palenie jest zabronione), to karę płacą wszyscy lokatorzy. Agencja potrąca też za dojazdy do pracy, dorobienie kluczy, wypożyczenie roweru, stroje robocze, zorganizowanie wyjazdu na zakupy. Każda opłata uszczupla kwotę wypłacaną pracownikom. Z 1000-1300 euro zostaje około 500.

- Otaczamy naszych pracowników opieką - mówi Frank van Gool, prezes agencji OTTO, używając słowa "embrace", czyli: objąć, przytulić.

- Takie zorganizowane życie to pozorne ułatwienie, w rzeczywistości jest kamieniem u szyi. Podtrzymuje bezwolność, uzależnia, nie daje szans na samodzielność. Gdyby sami musieli poszukać pracy i mieszkania, to pewnie byłoby trudniej, ale wyszliby na tym lepiej - odpowiada Krystyna Iglicka, ekonomistka i demograf z Centrum Stosunków Międzynarodowych zajmująca się migracjami.

- Pośrednik nas oszukuje. Siedzimy i czekamy na pracę. W hotelu zimno, co chwila są kontrole. Ostatnio podpadliśmy za trzy puszki po piwie, które stały na półce - opowiada Marcin, lakiernik z Elbląga.

- Polacy mają wybór: mogą zostać w Polsce - mówi bez ogródek Tom Gibcus z ABU, organizacji zrzeszającej agencje pracy tymczasowej. To samo mówią holenderscy urzędnicy ministerstwa pracy.

O dłuższą umowę lub stały kontrakt niezwykle trudno, więc robotnicy krążą między Polską a Holandią. Średni czas pracy to sześć-dziewięć miesięcy.

Wszystko to odbywa się w czasie, gdy kryzys finansowy trwa w Europie, a nastroje antyimigranckie opanowały Holandię, kraj przez lata postrzegany jako otwarty i tolerancyjny.

- Partia antyimigrancka aktywnie wspiera obecny rząd i wszyscy automatycznie się do tej retoryki dostosowują. Jednocześnie umywają ręce od problemów, do jakich prowadzi system zatrudniania tymczasowego - mówi z wyrzutem Anita Ryng z polskiej ambasady w Hadze.

A niderlandzka gospodarka potrzebuje pracowników z zagranicy i ten głód będzie się pogłębiał, bo wiek emerytalny osiąga pokolenie wyżu demograficznego.

- Holendrzy starają się uniknąć błędów, które popełnili przed laty z Turkami czy Marokańczykami. Nie chcą, by Polacy zostawali tu na stałe, ale liczą na to, że będą tanią siłą roboczą. Stąd nie widzą w ich krążeniu między Polską a Holandią problemu - tłumaczy tę politykę Krystyna Iglicka.

Ale problemy są. Polakom trudno się integrować, pracują i mieszkają ze swoimi, przeszkadzają sąsiadom hałasem i imprezami. Prasa to wyolbrzymia, alarmując doniesieniami o polskim tsunami, o Polakach, którzy wyłapują ryby ze stawów, o zwolnionych z pracy, którzy wolą być bezdomni, niż wrócić do kraju.

Naszym problemem mogą się stać miasteczka czy gminy, gdzie na stałe mieszkają tylko starcy i dzieci. Takim obszarom grozi stagnacja, bo ludzie w sile wieku mogą je traktować tylko jako sypialnię między jednym wyjazdem a drugim. Zarabiane na saksach kilkaset euro wystarcza tylko na bieżące potrzeby. - Pieniądze przywożone z zagranicy uzależniają i stają się emigracyjną pomocą socjalną. Reszta rodziny popada w marazm, nie ma motywacji, by szukać pracy, bo z zarobionych euro wystarczy co dzień na obiad, rachunki, kupno ubrania, załatanie dachu i 15-letnie auto - kwituje Iglicka.

Jak się pracuje w Holandii? Co o Polakach piszą gazety? Jak zaoszczędzić na integracji? - czytaj w poniedziałkowym magazynie "Biznes Ludzie Pieniądze"

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    30 głosów