Biznes Ludzie Pieniądze

Czy Unia Europejska boi się rządów Madziarów?

Mariusz Piotrowski
31.12.2010 , aktualizacja: 09.01.2011 10:01
A A A Drukuj
1 stycznia rotacyjne półroczne przywództwo w UE obejęły Węgry, które od przejęcia władzy przez Viktora Orbána pół roku temu stały się wielkim powodem do zmartwień dla Brukseli. Czego można się spodziewać po Madziarach i czy rzeczywiście UE ma się czego obawiać?
Premier Węgier Viktor Orban, lider partii Fidesz
Fot. Bela Szandelszky AP
Premier Węgier Viktor Orban, lider partii Fidesz
"Władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie" - trudno o bardziej trafny cytat do obecnej sytuacji na Węgrzech od słów sir Johna Emericha Actona. Rządząca od pół roku Węgrami partia Fidesz z premierem Orbánem na czele sprawuje praktycznie pełnię władzy - ma konstytucyjną większość w parlamencie, otwarcie podważa decyzje Trybunału Konstytucyjnego, a w marcu po wyborach nowych członków tamtejszej rady polityki pieniężnej złamie też ostatni bastion opozycji w stosunku do swojej polityki gospodarczej.

Rządy Orbána to rządy twardej ręki - jesienią, po wycieku czerwonego szlamu parlament z dnia na dzień znacjonalizował prywatną hutę aluminium, skąd wydostała się toksyczna substancja. Równie szybko gabinet Orbána znacjonalizował w praktyce tamtejsze OFE, podejmując decyzję o nieprzekazywaniu im pieniędzy ze składek. Decyzje węgierskiego rządu budzą też poważne kontrowersje w innych krajach: uchwalona pod koniec grudnia ustawa medialna jest uważana przez wiele krajów UE za kneblowanie przez Węgry wolności słowa. Równie niezadowolone są wielkie zagraniczne koncerny, na które nowy węgierski gabinet nałożył wysokie korporacyjne podatki.

Czy tak samo będzie wyglądało rządzenie przez Węgrów UE? Sceptycy ostrzegają, że po ich prezydencji z UE nie zostanie kamień na kamieniu, a już na pewno mówią, że Brukselę czeka trudne sześć miesięcy.

Plany ambitne, ale co z wykonaniem?

Tymczasem Węgry zdają się starannie przygotowane do objęcia prezydencji, a ich plany, przynajmniej na papierze, wyglądają rozsądnie. Wśród głównych priorytetów Węgrzy wymieniają: energetykę i bezpieczeństwo energetyczne, rozwój Partnerstwa Wschodniego, uporządkowanie kwestii mniejszości romskiej w wielu krajach UE, a także dyskusję na temat dalszego rozszerzenia UE o kraje bałkańskie - przede wszystkim Chorwację, a w dalszej perspektywie także Czarnogórę i Macedonię. Za plany pochwalił ich nawet przewodniczący RE Herman Van Rompuy. Skoro więc jest tak dobrze, to czemu płynące z wielu stron obawy?

Głównie z powodu trudnego okresu, w którym znajduje się UE, a zwłaszcza pogrążona w kryzysie strefa euro. Cudem uratowane dzięki eurokroplówce Grecja i Irlandia, czekająca w kolejce Portugalia i być może Hiszpania, ogromne długi poszczególnych krajów członkowskich - do rozwiązania problemów Wspólnoty trzeba dziś delikatnych, przemyślanych decyzji (w czasie węgierskiej prezydencji kraje UE będą pracowały nad nowym mechanizmem pomocowym dla krajów strefy euro, kontynuowane będą też rozmowy na temat nowego unijnego budżetu na lata 2014-20.), bo rynki finansowe są wyczulone na każdy ruch i reagują często z nadmierną przesadą.

Tymczasem gabinet Orbána udowodnił, że prowadzi dyplomację z gracją godną słonia w składzie z porcelany. Falstart zaliczył już w pierwszym tygodniu po zaprzysiężeniu, gdy rzecznik rządu Peter Szijjártó zapędził się w krytyce poprzedniego gabinetu socjalistów i zasugerował, że tak jak Grecy fałszował on dane o rzeczywistym stanie węgierskiej gospodarki.

- W Grecji moment prawdy już nadszedł. Węgry są ciągle przed nim - stwierdził. A że w tym czasie każda wzmianka o Grecji działała na rynki jak czerwona płachta na byka, na reakcję nie trzeba było długo czekać - kurs forinta z miejsca osłabił się o 5 proc., tracił też złoty i euro, a indeksy w Europie i USA zanotowały spore straty. - "Zmiana rządu nigdy nie jest operacją prostą, ale rzadko bywa tak spartaczona jak na Węgrzech" - kpili komentatorzy "Financial Timesa", obserwując, jak niefortunne stwierdzenie rzecznika usiłują odkręcić premier, minister finansów, szef MFW i unijny komisarz ds. gospodarczych Olli Rehn, przekonując, że sytuacja nad Balatonem jest stabilna i nie ma powodu do obaw. A dalej było już tylko weselej - śledzenie deklaracji rządu na temat wprowadzenia oszczędności budżetowych przypomina odcinki "Mody na sukces".

Pod koniec czerwca rząd Orbána zadeklarował, że będzie chciał przedłużyć umowę kredytową z UE i MFW, które w 2008 roku dały Węgrom 25,1 mld dol. na załatanie dziur w budżecie. Zgodził się też na oszczędzanie i redukcję deficytu do poziomu 3,8 proc. PKB, co było warunkiem otrzymania pieniędzy. Na początku sierpnia Węgry zmieniły zdanie i niespodziewanie zerwały rozmowy i ogłosiły, że zaciskać pasa nie będą, bo i bez tego zmniejszą dziurę budżetową.

- Węgry będą same podejmowały decyzje, dążąc do odzyskania suwerenności gospodarczej - powiedział Orbán, po czym w ramach oszczędności przeniósł oszczędności 3 mln przyszłych emerytów z OFE do państwowego systemu, zasilając budżet państwa kwotą 14,6 mld dol. Jednocześnie węgierski rząd poinformował, że w lutym ogłosi pakiet reform, na których budżet ma zaoszczędzić kolejne 4 mld dol.

Bardzo szybko rząd zmienił też zdanie na temat szybkiego wejścia do strefy euro. Jeszcze we wrześniu wpływowi politycy Fideszu przekonywali, że mimo potężnego długu publicznego (w tym roku ma przekroczyć 78 proc. PKB) Węgry spełnią kryteria przyjęcia euro w 2014 roku. Tuż przed świętami premier Orbán przyznał, że będzie to niemożliwe przed końcem tej dekady.

Orbán musi zrozumieć, jak działa UE

Viktor Orbán jest unijnym enfante terrible przynajmniej od 1998 roku, kiedy po raz pierwszy został premierem. Już wtedy, negocjując wejście Węgier do UE, nie szczędził Brukseli ostrych słów.

- Nie będziemy już prosić Unii Europejskiej o podanie daty naszego członkostwa, ale utrzymujemy nasz cel - chcemy być gotowi w 2002 roku. Zachód myśli tylko o sobie i nie potrafi zrozumieć, co wydarzyło się i dzieje w Europie Środkowo-Wschodniej. Popełnił wszystkie możliwe błędy zarówno w stosunku do Bałkanów - od Bośni po kryzys w Kosowie - jak i w sprawie integracji Węgier, Polski i Czech ze strukturami euroatlantyckimi, która jest spóźniona - mówił Orbán tuż po objęciu funkcji premiera.

Z kolei w marcu 2000 roku oskarżył UE o celowe wyszukiwanie pretekstów, by opóźnić przyjęcie nowych członków. Zapowiedział jednocześnie, że jeśli nie pojawi się perspektywa szybkiego wejścia do Unii, Węgry będą musiały rozpatrywać alternatywne rozwiązania, mimochodem wspominając o organizacji NAFTA. Skutecznie zaogniał też stosunki z sąsiadami. Agresywną retorykę Orbán stosuje też w tej kadencji, a rytm szybko podłapali jego ministrowie, zwłaszcza György Matolcsy, szef resortu gospodarki. Pod koniec listopada ostro skrytykował on prognozy gospodarcze Komisji Europejskiej, mówiąc, że są one nie do zaakceptowania z etycznego i profesjonalnego punktu widzenia.

- Trudno jest ufać instytucji, której prognozy w ciągu ostatnich pięciu lat za każdym razem dramatycznie rozmijały się z rzeczywistymi danymi. Nie udało im się zgadnąć nawet jednej danej - kpił Matolcsy, dodając, że KE pomagała poprzedniemu rządowi Węgier w fałszowaniu statystyk.

Unijny dyplomaci w oficjalnych komunikatach zachowują wstrzemięźliwość.

Więcej krytyki dla działań Budapesztu jest ze strony samych Węgrów. - Orbán nie może zachowywać się jak słoń w składzie chińskiej porcelany. Unia Europejska nie jest oparta na konflikcie, tylko na konsensusie - mówi Zoltán Kiszelly, politolog z Budapesztu.

Co dalej?

Rynek z niepokojem czeka też na marzec, kiedy gabinet Viktora Orbána stanie przed szansą zdobycia na Węgrzech władzy praktycznie absolutnej. To efekt politycznej wojny na górze, jaką premier prowadzi od miesięcy z Andrásem Simorem, prezesem węgierskiego banku centralnego. Orbán otwarcie krytykuje decyzje banku, uważając, że szkodzą one całemu krajowi, Simor zaś zarzuca mu brak kompetencji. Węgierska rada polityki pieniężnej pod koniec grudnia drugi raz z rzędu podniosła stopy procentowe, co mocno rozsierdziło premiera Węgier.

Tymczasem prezes András Simor od miesięcy nawoływał gabinet Fideszu do prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki fiskalnej. Plany rządu, który chce pobudzić wzrost m.in. przez obniżanie podatków, nazwał ryzykownymi i dodał, że grożą one utratą zaufania do Budapesztu przez zagranicznych inwestorów. Różnica zdań już zdążyła przerodzić się w otwarty konflikt - w lipcu rząd obniżył o 75 proc. zarobki Simora i innych członków rady mimo protestów szefa EBC Jeana-Claude'a Tricheta, który uznał, że to zamach na niezależność banku centralnego. Orbán pozbawił też prezesa banku prawa do wyznaczenia nowych ludzi do rady. A właśnie w marcu kończy się kadencja czterech z siedmiu członków - nowych wybierze parlamentarna komisja złożona z zaufanych premiera Węgier.

Wewnętrzne kłótnie nie pozostają bez wpływu na inwestorów i rynki finansowe - największe agencje ratingowe jak Fitch i Moody's utrzymują węgierski rating tylko o jeden poziom powyżej "śmieciowego". Czy sytuacja na Węgrzech może zagrozić złotemu? - Obniżka ratingu Węgier pokazuje, że agencje szczegółowo przyglądają się naszemu regionowi i będą chciały wyprzedzić rosnące ryzyko fiskalne w Europie Środkowo-Wschodniej. Nie powinno to jednak negatywnie wpłynąć na kurs złotego ani na postrzeganie Polski przez rynek - mówi Rafał Benecki, ekonomista ING Banku Śląskiego. - Na pewno Węgry są obecnie elementem ryzyka dla całego regionu, ale jego przełożenie na Polskę będzie nikłe i krótkoterminowe - uważa Benecki.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów