Komunikaty wysyłane przez Związek Producentów Audio Video (ZPAV) brzmią niczym doniesienia z frontu: "26 listopada, kontrola w Białymstoku. Dwóm didżejom grozi kara pozbawienia wolności do trzech lat,
policja zajmuje 600 nielegalnych nośników. (...) 10 listopada, kontrola w Warszawie. Policja ustaliła, że pracujący w klubie didżej korzystał z nielegalnych nośników. (...) 8 października, kontrola w Poznaniu. Policja wkroczyła do jednego z klubów i zabezpieczyła nośniki elektroniczne z pirackimi kopiami utworów. ZPAV skieruje wnioski o ściganie DJ-ów do prokuratury". Organizacje reprezentujące twórców zapowiadają, że w karnawale kontroli będzie jeszcze więcej, bo w tym okresie jest więcej imprez.
Ledwo widoczni za konsoletą, to właśnie didżeje decydują o rytmie i atmosferze zabawy. Firmy marketingowe automatycznie zaliczają ich do przywódców opinii. Im bardziej widoczny jest didżej, tym bardziej o jego względy walczą firmy odzieżowe czy wytwórnie muzyczne. Polskie ramię koncernu alkoholowego Bacardi-Martini zatrudniło znanego didżeja i krytyka muzycznego Hirka Wronę na stanowisku rzecznika prasowego.
Jakie skutki dla tej grupy zawodowej będą miały naloty policji na kluby? Teresa Szabłowska z zajmującej się marketingiem szeptanym firmy Streetcom zgadza się, że tego typu akcje powinny osłabiać autorytet didżeja jako przywódcy opinii. - Wszystko jednak zależy od tego, w jakich środowiskach dane osoby funkcjonują i jak silna jest świadomość spraw związanych z ochroną własności intelektualnej w tych środowiskach. Na ogół w Polsce jest ona słaba - mówi Szabłowska.
Prawo łamią jednak przede wszystkim mniej znani didżeje, większość gwiazd nie może sobie pozwolić na wpadkę. Na celowniku jest głównie Wielkopolska, bo tu dyskotek jest najwięcej. - W dużych miastach są kluby, w małych dyskoteki. I to te drugie są głównym celem kontroli. A w Wielkopolsce są całe sieci należące do jednego właściciela - mówi Pluta ze ZPAV.
Hirek Wrona popiera akcje policji "z względu zarówno na szacunek dla artystów, jak i na sytuację na rynku". - W ostatnich latach pojawiło się dużo ludzi, którzy ściągają z sieci muzykę, przychodzą z laptopem na imprezę i są gotowi pracować już za 500-1 tys. zł. To dochodowy interes, jeśli piosenki się kradnie, zamiast kupować - mówi Wrona i podkreśla, że we własną bibliotekę teledysków zainwestował 30-40 tys. funtów.
Didżej może odtwarzać muzykę z oryginalnych nośników. W przypadku plików MP3 z licencją didżejską trzeba mieć dowód zakupu w sieci. Do grania z kopii czy komputera (nawet jeśli w plecaku ma oryginalną płytę) potrzebna jest licencja. Kosztuje ona 2 tys. zł rocznie. - To najniższa stawka w Europie. Nawet w Rumunii płacą więcej - mówi Hirek Wrona.