8 stycznia w zamachu na Gabrielle Giffords zginęło sześć osób, a ponad 12 odniosło obrażenia. Wśród ofiar śmiertelnych byli m.in.: dziewięcioletnia dziewczynka, jeden ze współpracowników kongresmenki oraz sędzia sądu federalnego John M. Roll. Giffords znajduje się nadal w stanie krytycznym. Zamachowiec, 22-letni Jared Laughner, strzelał z półautomatycznego pistoletu dostępnego w sklepie z bronią za 499 dol.
Tragiczne wydarzenia nie spowodowały jednak, że zainteresowanie bronią spadło, wręcz przeciwnie. Amerykanie ruszyli na zakupy.
- Kiedy dzieje się coś takiego, ludzie obawiają się, że rząd zakaże sprzedaży - tłumaczy Greg Wolff, właściciel dwóch sklepów z bronią w Arizonie. Don Gallardo z Arizona Shooter's World w Phoenix twierdzi jednak, że to chęć zapewnienia rodzinie bezpieczeństwa napędza koniunkturę.
Po zamachu na kongresmenkę Giffords jednodniowa sprzedaż broni w Arizonie 10 stycznia skoczyła o 60 proc., do 263 sztuk. Dla porównania - w drugi poniedziałek stycznia rok temu sprzedano 164 sztuki. Pozostałe stany to: Ohio - wzrost o 65 proc., do 395 sztuk, Kalifornia - wzrost o 16 proc., do 672 sztuk, stan Nowy Jork - skok o 33 proc., do 206 sztuk. Według szacunków FBI w całym kraju sprzedaż broni wzrosła o 5 proc., do 7906 sztuk.
Prawo stanu Arizona jest jednym z najbardziej liberalnych w USA. Do zeszłego roku każdy obywatel posiadający broń mógł ją nosić publicznie, jeśli tylko była ona na widoku. Obecnie obowiązujące prawo pozwala nosić broń nawet ukrytą.