Przez kilka ostatnich tygodni w telewizji można było oglądać reklamy banku DnB Nord, norweskiej instytucji finansowej, śmiało rozpychającej się na naszym rynku bankowym. Na ekranie widzimy podróżnika, który płynie po jeziorze, przedziera się przez las, zdobywa górskie szczyty. "Znam wielu marzycieli, którzy wciąż snują plany na przyszłość. Ale ja stąpam twardo po ziemi. I dobrze wiem, gdzie chcę dojść" - mówi lektor. "Na wiele szczytów wchodzę sam, ale ten najważniejszy zdobyłem dzięki kredytowi hipotecznemu w DnB Nord" - kończy się reklama, a na ekranie widzimy szczęśliwą rodzinę padającą sobie w ramiona. W tle oczywiście posiadłość kupiona na kredyt w DnB Nord.
Reklama ma głównie charakter wizerunkowy, ale ma też zwrócić uwagę widza na główną ofertę banku - kredyt hipoteczny. Nic dziwnego, DnB Nord nie jest dużym bankiem, ale wśród klientów starających się o pożyczkę na budowę lub zakup domu ma dobrą renomę. Jego kredyty mieszczą się zwykle na podium rankingów.
Drażni mnie jednak to, że DnB Nord mający i tak niezłą ofertę kredytów pokusił się ostatnio o tani chwyt, godny banków o dużo gorszej reputacji. Zaproponował kredyt hipoteczny z marżą zero procent. Czyli taki, którego oprocentowanie wynika wyłącznie z ceny pieniądza na tzw. rynku międzybankowym. Oczywiście już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu nie gra.
I rzeczywiście, cudów nie ma. Zerowa marża dla kredytów nominowanych w euro obowiązuje tylko w pierwszym roku kredytowania, natomiast później wynosi 1,4-1,6 pkt proc. W sumie i tak niewiele, ale bank stawia dodatkowe warunki. Trzeba wziąć co najmniej 150 tys. zł kredytu (ale to akurat żadna sztuka), założyć konto osobiste w pakiecie Personale bądź Exklusiv, wziąć z banku kartę kredytową i jeszcze wykupić ubezpieczenie (do wyboru są "Dom i życie" albo "Praca"). Zamiast ubezpieczenia można wziąć pożyczkę gotówkową z marżą banku 7 proc.
Ile to wszystko kosztuje? Sam tylko pakiet Personale to wydatek rzędu 18 zł miesięcznie, a więc prawie 220 zł rocznie. Klient musi się też zobowiązać, że przez pięć lat będzie nieprzerwanie zasilał rachunek kwotą co najmniej 5 tys. zł. Karta kredytowa na początku kosztuje 30 zł za samo jej wydanie (chyba że mówimy o bardziej prestiżowej karcie złotej, wtedy kwota jest wyższa) i kolejne 30 zł rocznie za używanie (o ile nie zapłacimy nią za zakupy o wartości przynajmniej 15 tys. zł).
Za pakiet ubezpieczeniowy trzeba zapłacić z góry na dwa lata. Składka wynosi 1,8 proc. wartości kredytu (w wariancie tańszym, obejmującym tylko polisę na życie) lub 2,45 proc. kredytu w wariancie droższym, obejmującym polisę od utraty pracy. Oznacza to, że przy kredycie w wysokości 300 tys. zł na ochronę ubezpieczeniową trzeba wydać dodatkowo 5400 zł za dwa lata, czyli 2700 zł w skali roku.
Czy te dodatkowe koszty wpływają znacząco na cenę kredytu? Oceńcie sami. Przy kredycie w euro w wysokości 300 tys. zł rozłożonym na 30 lat miesięcznie płaci się jakieś 1450-1500 zł (nie uwzględniam zerowej marży). Koszt samego konta i karty to dodatkowe 250 zł rocznie, ubezpieczenia - kolejne 2700 zł. W sumie za zerową marżę trzeba zapłacić cenę równą prawie dwóm standardowym ratom kredytu.