"Euro na krawędzi!" - alarmuje Witold Gadomski ("Gazeta" z 27.12.2010 r.), dołączając do coraz liczniejszego chóru krytyków wspólnej waluty, z dyżurnym czarnowidzem Nourielem Roubinim i niezawodnym Paulem Krugmanem na czele. Wszyscy oni zapowiadają rychły koniec euro, wietrząc szansę na spełnienie swoich pesymistycznych przepowiedni sprzed dziesięciu lat. Twierdzili oni wówczas, że wprowadzenie wspólnej waluty w Europie to akt czysto polityczny bez dostatecznych podstaw ekonomicznych i że strefa euro rozpadnie się w ciągu kilku lat. Teraz triumfują. Noblista Paul Krugman twierdzi, że obecne kłopoty Grecji, Portugalii czy Hiszpanii są spowodowane przyjęciem wspólnej waluty. Trudno o większy absurd. Owszem, wspólna waluta ułatwiła życie na kredyt, ale nikt nie był zmuszany do nieodpowiedzialnego zadłużania się. W końcu inne kraje strefy euro, jak choćby Finlandia, potrafiły tych pokus uniknąć.
Panika na rynkach finansowych udziela się też komentatorom. Gadomski oznajmia, że Unia złamała traktat, udzielając pomocy Grecji. Nic podobnego. Przywołany przez Gadomskiego art. 125 traktatu zakazuje przejmowania zobowiązań rządów jednych państw przez inne (czyli tzw. bail-out), ale nie zabrania udzielania pożyczek. A w maju 2010 r. Komisja Europejska udzieliła Grecji - w imieniu i na rachunek państw strefy euro - pożyczki w wysokości 80 mld euro (kolejne 30 mld euro pożyczył MFW). Warunkiem jej otrzymania było nie tylko wdrożenie drastycznego programu oszczędnościowego, ale także zobowiązanie Grecji, że spłaci tę pożyczkę aż do ostatniego euro. Unia Europejska ma różne grzechy na sumieniu, ale akurat w tej sprawie prawo unijne nie zostało naruszone.
Czy więc strefa euro się rozpadnie? Teoretycznie jest to możliwe, ale w praktyce nieprawdopodobne. Byłoby to ekonomicznie nieracjonalne i nikt tego tak naprawdę nie chce. Jak miałby wyglądać rozpad strefy euro? Można sobie wyobrazić dwa różne scenariusze, ale ich skutki byłyby podobne. W pierwszym występują ze strefy euro kraje najsłabsze, np. grupa PIIGS, licząc na to, że poprzez dewaluację swoich nowych walut narodowych będą mogły odzyskać konkurencyjność międzynarodową i uniknąć drastycznych oszczędności. Tyle że w momencie ogłoszenia takiej decyzji rynki finansowe odmówiłyby zakupu nowych obligacjach rządowych tych państw, a rentowności na obecnym długu skoczyłyby do poziomu 20 proc. lub wyżej. Oznaczałoby to natychmiastową niewypłacalność tych państw, ze wszystkimi konsekwencjami - załamanie kursu ich walut, odcięcie od rynków finansowych, ograniczenie importu do minimum, ucieczka kapitału, kryzys sektora bankowego, bankructwa zadłużonych przedsiębiorstw, masowe bezrobocie, głęboka recesja. Skutki musiałyby być tak dramatyczne, bo brak niezbędnych reform przez ostatnie dziesięć lat doprowadził do powstania kolosalnej nierównowagi. Skala chaosu byłaby zapewne porównywalna z tym, co działo się w Argentynie podczas kryzysu walutowego w 2002 roku. Krótko mówiąc, katastrofa. W dalszej perspektywie też nie ma gwarancji na poprawę konkurencyjności. Kraje PIIGS musiałyby bronić swoich słabych walut wysokimi stopami procentowymi, a to hamowałoby wzrost gospodarczy. Bez niezbędnych reform nie byłyby w stanie odzyskać konkurencyjności międzynarodowej. W sumie kraje PIIGS i tak musiałyby przejść przez okres bolesnych dostosowań, ale w warunkach faktycznego bankructwa byłoby to znacznie trudniejsze niż obecnie, nie miałyby też szans na pomoc, z jakiej korzystają pozostając w strefie euro. W scenariuszu tym ucierpiałyby także kraje europejskiej Północy". Posiadane przez nich aktywa państw grupy PIIGS okazałyby się w dużym stopniu bezwartościowe, co uderzyłoby przede wszystkim w ich sektor bankowy, a eksport do tej grupy państw uległby załamaniu.
W drugim scenariuszu decyzję o wystąpieniu ze strefy euro podejmują Niemcy. Ale w ślad za nimi pójdą także Austriacy i Holendrzy, a prawdopodobnie także większość pozostałych państw, w tym Francja. Teoretycznie Niemcy mogą powrócić do własnej waluty, ale wiązałoby się to z wielkimi kosztami dla niemieckich eksporterów i importerów (koszty wymiany walut, ale także skutki nieuchronnej aprecjacji nowej marki niemieckiej), a także z kosztami dla niemieckich banków, które musiałyby spisać na straty posiadane obligacje państw grupy PIIGS. Z tych powodów Niemcy mogą zatem wybrać wariant utworzenia strefy "północnego euro" (euro 2.0), ale i w tym przypadku większa część kosztów byłaby nie do uniknięcia, a skutki byłyby w ostatecznym rachunku takie same jak w scenariuszu pierwszym.
Do tego dochodzą koszty polityczne i społeczne. Rozpad strefy euro oznaczałby zaprzepaszczenie większości dokonań unii gospodarczej i politycznej. Cofnąłby Europę o co najmniej 30 lat.
Tak naprawdę nie ma chętnych do rozmontowania strefy euro. Pomimo ponagleń zza Atlantyku i zza kanału La Manche strefa euro się nie rozpadnie, bo nikomu się to nie opłaca. Przeciwnie, państwa członkowskie będą podejmować starania o skonsolidowanie strefy, aby uniknąć podobnych zagrożeń w przyszłości. Czy jest to możliwe?
Obecny kryzys ujawnił dwa główne problemy strefy euro. Pierwszym okazała się słabość mechanizmu egzekwowania dyscypliny fiskalnej, co pozwoliło niektórym rządom zadłużać się ponad miarę w złudnym przekonaniu, że nie grożą za to żadne konsekwencje. Podobnej iluzji uległy zresztą także rynki finansowe, które nie wiedzieć czemu uważały, że obligacje państw zadłużonych są niemal równie dobre jak niemieckie bundy. Ta iluzja prysła w 2009 roku, kiedy rynki finansowe przerzuciły się - w jakże typowy dla nich sposób - w drugą skrajność, żądając niebotycznych rentowności za finansowanie długu państw najbardziej zadłużonych. Drugim problemem okazał się brak mechanizmu „uporządkowanego bankructwa” państw nadmiernie zadłużonych (sovereign bankruptcy), co uniemożliwiło szybką reakcję na kryzys i uspokojenie rynków finansowych. Natomiast nie uważam, aby kryzys bankowy w niektórych państwach strefy euro miał jakiś szczególny związek ze wspólną walutą. W końcu nadmierna ekspansja kredytu i związane z nią bąble spekulacyjne na rynku aktywów były udziałem także wielu innych krajów (USA, Islandia, kraje bałtyckie).
Usunięcie tych mankamentów jest możliwe. Reguły fiskalne zapisane w pakcie stabilizacji i rozwoju nie były przestrzegane, bo decyzja o wszczęciu procedury nadmiernego deficytu i ewentualnym nałożeniu sankcji finansowych była decyzją polityczną, podejmowaną w drodze głosowania w Radzie UE. Mechanizm ten ma charakter uznaniowy i otwiera drogę do nacisków i targów. Trzeba go zastąpić mechanizmem prawnym zapewniającym nieuchronność i automatyzm sankcji. Należy również objąć sankcjami naruszanie dwóch pozostałych, poza limitem deficytu, reguł fiskalnych: limitu długu publicznego i obowiązku zachowania równowagi budżetowej w średnim okresie. Wreszcie cała procedura nadmiernego deficytu powinna być skrócona, aby nie dochodziło do jej rozciągania w czasie (Grecja w okresie 13 lat obowiązywania paktu stabilizacji i rozwoju ani razu nie spełniła wymaganych kryteriów fiskalnych i mimo to uniknęła sankcji), a Komisja Europejska musi uzyskać uprawnienia do audytu sprawozdań budżetowych państw członkowskich, aby wyeliminować przypadki fałszowania danych fiskalnych.
Proponowane zmiany można szybko wprowadzić w życie poprzez odpowiednie dostosowanie legislacji wtórnej i bez konieczności dokonywania zmian w istniejących traktatach. Co do mechanizmu "uporządkowanego bankructwa suwerennego", państwa członkowskie UE zgodziły się już na uzupełnienie art. 136 traktatu o funkcjonowaniu UE o zapis zezwalający na utworzenie stałego mechanizmu stabilizacyjnego. Nie ma więc zasadniczych przeszkód prawnych do przeprowadzenia niezbędnych reform. Pozostaje nadal kwestia determinacji i woli politycznej. Miniony rok nie wystawia pod tym względem dobrego świadectwa rządom państw członkowskich UE. Zabrakło dalekosiężnej wizji i silnego przywództwa. Ale strefa euro nie ma wyboru - musi się zreformować, bo alternatywa będzie nieporównanie bardziej kosztowna.