Informacja o tym, że państwowi urzędnicy biorą nienależne im pieniądze, zawsze opinię publiczną porusza. Tym razem sprawa nie jest taka prosta.
Główny Urząd Statystyczny cyklicznie przeprowadza spisy ludności, na co otrzymuje z budżetu odpowiednie środki finansowe. Gdyby GUS do przeprowadzenia spisu zatrudnił osoby z zewnątrz, wszystko byłoby w porządku. Ale poza pracownikami urzędu nie ma wielu fachowców, którzy spisem mogliby kierować i go przeprowadzać. Według oświadczenia rzecznika GUS urząd starał się od dwóch lat o dodatkowe etaty na przeprowadzenie spisów, ale ich nie otrzymał. Dlatego zatrudnił na umowę-zlecenie własnych pracowników, być może naruszając w ten sposób jakieś przepisy. Ale z tego tytułu podatnicy nie ponieśli dodatkowych kosztów, gdyż
praca została wykonana w ramach środków wcześniej przydzielonych GUS-owi.
Sprawę ma zbadać NIK, a być może także prokuratura i wówczas będziemy więcej wiedzieć o tym, jak ciężkie są zarzuty wobec szefów Urzędu.
Tymczasem już dziś cytowani przez media anonimowi współpracownicy premiera dają do zrozumienia, że pracę wkrótce straci szef GUS, profesor Józef Oleński, którego kadencja, w normalnym trybie, kończy się dopiero jesienią.
Dla zwykłych obywateli GUS jest nudnym urzędem, który sporządza skomplikowane komunikaty o inflacji, bezrobociu, wzroście gospodarczym, wielkości produkcji. Ale rynki gospodarcze doskonale wiedzą, co komunikaty te oznaczają i szybko na nie reagują. Do GUS należeć będzie także ostatnie słowo w sprawie wielkości długu finansów publicznych. Z oficjalnego komunikatu urzędu dowiemy się, czy krytyczny poziom długu już został przekroczony, czy jeszcze nie. Dlatego bardzo ważne jest, by GUS cieszył się całkowitym zaufaniem i nie powstało wrażenie, że jest podatny na naciski polityków. Zmiana na stanowisku prezesa, przed ogłoszeniem wyników rzetelnego śledztwa w sprawie rzekomych lub prawdziwych nieprawidłowości zaufanie takie podkopie.