AOL za "Huffington Post" zapłacił 315 mln dolarów. - To wielka stawka w grze o przyszłość informacji w sieci - komentuje agencja Associated Press.
"Huffington Post" to nie jest marka, którą może kojarzyć przeciętny polski internauta. Jednak w amerykańskich mediach to już potęga. Serwis założony w 2005 r. przez Ariannę Huffington, byłą polityczną publicystkę, dziś odwiedza 25 mln użytkowników. Zaczynał skromnie, jako serwis skupiający blogi o tematyce społeczno-politycznej. Jednak z czasem zamienił się w witrynę, która w wyścigu o codzienne informacje walczy z największymi mediami w USA.
Obecnie "Huffington Post" wchodzi do pierwszej dziesiątki amerykańskich serwisów informacyjnych i zatrudnia 70-osobową redakcję. Komentarze tu publikują bądź publikowali: Barack Obama, Hillary Clinton, Michael Moore, Madonna, Alec Baldwin, Nora Ephron, Madeleine Albright, Robert Redford czy Rahm Emanuel. Serwis ma też na koncie prestiżowe nagrody - za komentarze polityczne Bennet Kelley został uhonorowany przez Klub Prasowy w Los Angeles. A na "Huffington Post" wzorował się m.in. Igor Janke (obecnie "Rzeczpospolita"), gdy w 2006 r. zakładał Salon24.pl.
61-letnia założycielka zostaje w AOL - będzie szefowała wszystkim serwisom tematycznym należącym do AOL, m.in. TechCrunch i Engadget (technologie, internet) oraz Patch (serwis z informacjami z wybranego regionu).
- Powstanie amerykańska firma nowej generacji o globalnym zasięgu, której oferta łączy treści i społeczności - mówi Tim Armstrong, prezes AOL. I zapowiada, że w 2011 r. AOL, niegdyś największy dostawca internetowy w USA, powróci do wielkiej
gry.
Armstrong chce firmę zmienić tak, by była czołowym dostawcą informacji publikowanych w internecie. Przejęcie "Huffington Post" potwierdza, że AOL obrał kurs na zderzenie z tradycyjnymi mediami.
Koncern ma za sobą ciężką dekadę - dziesięć lat temu łączył się z medialnym gigantem Time Warner, w dodatku jako spółka rozdająca w tym mariażu karty. Jednak gdy pękła internetowa bańka, wartość AOL spadła na łeb na szyję. W 2009 r. Time Warner w końcu wydzielił ją jako osobny biznes, rok później nowy prezes AOL zarządził szeroko zakrojone zwolnienia.
I wciąż ma problem, bo - jak ustalił Ken Auletta, reporter tygodnika "New Yorker" - aż 80 proc. zysków AOL pochodzi od... użytkowników, którzy wciąż płacą za dostęp do sieci przez modem telefoniczny. Co więcej, wiele z nich to osoby starsze, które z internetu mogłyby korzystać przez sieć kablową, którą i tak mają w domu. Ale o tym nie wiedzą.
Dlatego AOL rzucił się na rynek reklamy graficznej (m.in. po to przejmuje część serwisów), w którym ma 5-6 proc. udziałów. A z jeszcze większym zapałem stara się stworzyć wielką fabrykę treści, które będą publikowane w sieci.
Koncern pod koniec 2009 r. uruchomił platformę Seed.com, gdzie skupia osoby piszące na zlecenie (freelancerów). Redaktorzy AOL, patrząc na trendy w sieci, a także zamówienia od reklamodawców, zlecają napisanie tekstu lub zrobienie zdjęć. W nowatorskiej formule - mogą zapłacić z góry za określoną liczbę znaków, ale też mogą zapłacić dopiero po, w zależności od tego, jak często internauci klikali na tekst i ile AOL zarobił na reklamach wyświetlanych obok tekstu.
Na Seed.com strategia AOL się nie kończy. Istną burzę wywołała prezentacja "AOL Way" ("Sposób AOL"), którą opublikował branżowy serwis Businessinsider.com, odradzając debatę o roli dziennikarstwa w internecie.
"Dokument ten zdjął kurtynę Czarownika z Oz przykrywającą fasady modeli biznesowych w mediach cyfrowych i zastąpił ją otwarcie przerażającymi liczbami" - napisała Emily Bell, szefowa internetowego pionu w brytyjskim dzienniku "The Guardian".
AOL pisze np., że do kwietnia chce zwiększyć liczbę tekstów dziennikarskich w swoich serwisach z 33,7 tys. do 55 tys. W tym samym czasie udział tekstów ilustrowanych za pomocą materiałów
wideo ma wzrosnąć z 4 do 70 proc. Koszt produkcji jednego artykułu ma spaść z 99 do 84 dol., a marża brutto na jednym materiale ma wzrosnąć z 35 do 50 proc. Średnia zaś "klikalność" artykułu (odpowiednik telewizyjnej oglądalności) ma wzrosnąć siedmiokrotnie.
Jak to zrobić? Menedżerowie AOL opracowali kilka sposobów. Po pierwsze, trzeba określić, jakich treści poszukują internauci, i dać im to, czego pragną. Na podstawie analiz tematy zostały podzielone na gorące, sezonowe i wieczne hity. Do pierwszych zaliczono np. Keitha Richardsa i Harrisona Forda, do drugich - nominacje do Oscara oraz Michaela C. Halla (odtwórcę głównej roli w serialu "Dexter), a do trzecich - komedie, jak "10 powodów, dla których cię nienawidzę" czy "101 dalmatyńczyków". Po drugie, w doborze tematów już nie można zdać się na intuicję, doświadczenie czy wiedzę dziennikarzy. Każdy temat należy przeanalizować pod kątem potencjału ruchu, jaki może przyciągnąć na stronę, zysków i obrotów, cyklu życia i produkcji artykułu oraz zgodności z zasadami redakcyjnymi AOL. Po trzecie, poza zwykłymi redaktorami teksty mają redagować jeszcze specjaliści, którzy "pomogą" artykułom znaleźć się wysoko w rankingach wyszukiwarek.
Oburzeni amerykańscy publicyści zadają sobie dziś pytanie: "Jak w tym odnajdzie się Arianna Huffington?". A ta odpowiada: "Powiedziałam Timowi [szef AOL], że chcę tu zostać na zawsze, by był to mój ostatni występ".