Biznes Ludzie Pieniądze

Bielecki nie wykorzystał lekcji z Izby Gmin

Andrzej Wojtyna, BNP Paribas Fortis
10.02.2011 , aktualizacja: 11.02.2011 13:57
A A A Drukuj
Sposób przedstawienia przez Radę Gospodarczą i rząd propozycji zmian w systemie emerytalnym jest zaprzeczeniem dobrych praktyk, które Jan Krzysztof Bielecki chce promować - pisze Andrzej Wojtyna, były członek RPP, członek rady nadzorczej banku BNP Paribas Fortis i wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.
Andrzej Wojtyna
Andrzej Wojtyna
Na tle uporządkowanej argumentacji prof. L. Balcerowicza artykuł premiera J.K. Bieleckiego("Gazeta" z 29-30 stycznia) jeszcze raz pokazuje, jak niedojrzałe i słabo przygotowane są propozycje rządu w sprawie radykalnych zmian w OFE.

Jak rozumiem, podstawowa myśl artykułu jest następująca: ponieważ reforma emerytalna nie była po wprowadzeniu odpowiednio monitorowana, a warunki makroekonomiczne uległy dosyć istotnej zmianie, to lepiej od niej odejść. J.K. Bielecki dużo miejsca poświęca niewłaściwemu, jego zdaniem, sposobowi wprowadzenia reformy w końcu lat 90. Krytykuje to, że reforma była szokowa, jej koszty nie zostały społeczeństwu odpowiednio wyjaśnione oraz to, że "zignorowano krytykę pomysłu". Sam określa się jako zwolennik reform stopniowych i proponuje oparcie się na pragmatyzmie i na zaczerpniętym z biznesu "zarządzaniu zmianą". Problem polega na tym, że JKB bardzo mgliście wypowiada się na temat docelowego wariantu zmodyfikowanego systemu emerytalnego i jego skutków dla przyszłych pokoleń. Nie wiadomo więc, "na co" miałaby być ta zmiana, którą chciałby on zarządzać, choć można przypuszczać, że jego zdaniem byłaby to zmiana "na lepsze". Powołuje się przy tym na swoje doświadczenia z pobytu w Londynie, gdzie m.in. chodził na posiedzenia Izby Gmin i "widział, jak bardzo debata publiczna koncentrowała się wokół realnych wyzwań i jak była drobiazgowa". Dzięki temu dostrzega teraz klarownie "różnice pomiędzy tym, jak wprowadzaliśmy zmiany, a tym, jak powinniśmy to robić". Szkoda tylko, że ta ostrość spojrzenia nabyta dzięki pobytowi w Londynie pozwoliła mu dostrzec wyłącznie słabości naszego systemu emerytalnego, natomiast w żadnym stopniu nie przełożyła się na efekty prac kierowanej przez niego Rady Gospodarczej.

Więcej głosów w sprawie OFE: Balcerowicz, Bielecki, Rostowski, Bratkowski, Jankowiak, Gwiazdowski i inni

Co charakterystyczne, z artykułu wcale nie wynika, czy JKB uważa się za autora lub współautora propozycji zmian w systemie emerytalnym czy raczej za ich recenzenta. Pisze on: "Cieszę się, że powstał projekt rządowy". Nie pisze jednak, czy znaczy to również, że sam projekt mu się podoba, a jeśli mu się podoba, to czy dlatego, że uważa się za jego współautora. Jeśli jednocześnie uwzględni się, że równie niejasna jest rola Rady Ekonomicznej w tym procesie, a część jej członków próbuje się mniej lub bardziej wyraźnie od całego pomysłu zdystansować, to jest to duża różnica w stosunku do reformy z lat 90., do "ojcostwa" której przyznawało się nawet zbyt wiele osób.

A. Nowakowska i D. Wielowieyska przytoczyły ostatnio ("Gazeta" z 31.01) taką oto wypowiedź JKB: "Ja swoją pracą w Radzie Gospodarczej, za którą nie biorę żadnych pieniędzy, spłacam Polsce to, co sam zyskałem na transformacji". Ja widzę to trochę inaczej. Sądzę, że za okres sprawowania funkcji premiera, to Polska ma dług wobec niego (pomijam działalność biznesową i w EBOiR). Natomiast jego koncepcja wykorzystania zmian w OFE do poprawy bieżącej sytuacji budżetu wyraźnie ten dług zmniejszyła.

Uważam, że w porównaniu z tym, co JKB sam proponuje pod postacią "zarządzania zmianą", sposób przygotowania i wprowadzenia reformy emerytalnej w końcu lat 90. można uznać za majstersztyk. Sposób przedstawienia przez Radę Gospodarczą i rząd propozycji zmian w systemie jest zaprzeczeniem dobrych praktyk, które JKB chce promować. Pisze on na przykład, "że w korporacji zmiana ma większą szansę powodzenia, jeżeli pracownicy widzą jej potrzebę i rozumieją jej sens". Jeśli tak, to trzeba było wyjaśnić tę potrzebę, a nie do ostatniej chwili ukrywać jej ścisły związek z obawą przed politycznymi skutkami przekroczenia przez dług progu 55 proc. PKB. Jeśli JKB tak bardzo ubolewa nad dystansem dzielącym nas od "dojrzałych demokracji", to dlaczego Rada Gospodarcza nie zachęciła rządu do opracowania lub sama nie przygotowała poważnego dokumentu ("białej księgi") wyjaśniającego konieczność i przewidywane skutki zmian? Jeśli JKB skarży się, że obecna debata jest zbyt mało merytoryczna, a nawet nacechowana melodramatyzmem, to dlaczego nie narzucił jej nowych, wysokich standardów, przygotowując dokument na odpowiednim poziomie? Opowiada się on też za takim podejściem, w którym "można by rozłożyć konieczne zmiany na etapy, a nie sklejać je pospiesznie w formę terapii szokowej". Ale to właśnie rządowa propozycja zmian w OFE jest kwintesencją takiego "pospiesznego sklejania"; nikt poza nim i Radą Gospodarczą nie występował z podobnym pomysłem i nie opowiadał się za takim tempem jego wprowadzenia w życie, a autorzy raportu OECD o Polsce uwierzyli już nawet, że projekt został odłożony na półkę.

"Pragmatyzm i zarządzanie zmianą" w podejściu rządu oznaczały jak dotąd forsowanie rozwiązań o daleko idących, a słabo rozpoznanych konsekwencjach przy: 1) bardzo dużej różnicy zdań w rządzie, a nawet wśród członków Rady Gospodarczej oraz 2) uzupełnianiu pomysłu prawie codziennie o kolejny nowy element, w związku z czym nie bardzo wiadomo, którą i czyją wersję można uznać za obowiązujący punkt odniesienia. Przypuszczam, że jeśli na podobnym "pragmatyzmie i jakości wprowadzanych rozwiązań" opierałoby się "zarządzanie zmianą" w polskim biznesie, to nawet przy jeszcze bardziej korzystnym zbiegu okoliczności nie moglibyśmy stać się "zieloną wyspą na mapie Europy".

Można by przypuszczać, że bardzo ważną cechą "pragmatyzmu" powinno być maksymalne wykorzystanie doświadczeń zagranicznych, a przynajmniej uczciwe ich przedstawienie. Wiele miejsca w artykule JKB poświęca ogólnym dywagacjom na temat reform w "dojrzałych demokracjach", natomiast jednym zdaniem kwituje lekcje z Chile - kraju, który był pionierem reform emerytalnych.

Pisze on, że "dopiero w 2007 r., czyli 26 lat po wprowadzeniu reformy, powołano komisję do zanalizowania jej skutków, co zaowocowało głębokimi modyfikacjami". Takie lakoniczne sformułowanie sugeruje, że reforma się tam nie powiodła i że modyfikacje miały podobny charakter, jak te obecnie proponowane przez polski rząd. Nic bardziej mylnego. To właśnie Chile jest przykładem pragmatycznego doskonalenia reformy czy "zarządzania zmianą" i wielkiej dbałości o szczegóły rozwiązań instytucjonalnych. Jak pokazuje A. Iglesias-Palau w obszernym, wnikliwym studium, oceniającym dotychczasowe skutki reformy (OECD WP no.14, 8 April 2009), najważniejszym efektem korekty z 2008 r. będzie "znacznie lepsze powiązanie filaru I i II". Warto podkreślić, że korekta ta, która najbardziej poprawi sytuację mniej zamożnych grup społecznych, była możliwa dzięki temu, że w latach 2001-07 w budżecie występowała średnioroczna nadwyżka w wysokości 2,9 proc. PKB. Z kolei S. Hormazábal (BBVA Research WP No.28, 14 October 2010) pokazuje, jak ważne dla bezpieczeństwa uczestników w warunkach obecnego kryzysu okazały się zmiany wprowadzone w 1999 r. po kryzysie azjatyckim. Dzięki pięciu różnym "subfunduszom" oferującym różne kombinacje ryzyka i stopy zwrotu w zależności od wieku uczestników, udało się systemowi jako całości przejść obecny kryzys całkiem nieźle, chociaż dopuszcza on teraz wysoki udział inwestycji w akcje. Mimo znacznych strat w 2008 r. najbardziej ryzykowny "subfundusz A" przyniósł od czasu jego wprowadzenia średnioroczną realną stopę zwrotu 9,14 proc.

W Polsce rząd popycha nas w kierunku scenariusza argentyńskiego, o którym JKB nawet nie wspomina. Otóż tam, w nerwowym klimacie kryzysu światowego, w końcu 2008 r. władze przeforsowały ustawę, która w praktyce oznaczała nacjonalizację prywatnych funduszy emerytalnych, mimo że do 2003 r. 84 proc. uczestników wycofało środki z państwowego systemu ze względu na jego słabe wyniki, a gdy w 2007 r. umożliwiono bez opłat powrót do niego, zdecydowało się na to tylko 12 proc. osób (wg Polskiego Stowarzyszenia Ubezpieczenia Społecznego). Nie ma chyba zresztą większych wątpliwości, od którego z tych dwu krajów powinniśmy się uczyć "zarządzania zmianą", jeśli zależy nam na stabilności makroekonomicznej i finansowej.

Brak nawiązania do empirii, a w dużej mierze także do teorii cechuje opinie również innych świeżo nawróconych na etatyzm uczestników dyskusji. Starają się to nadrobić eskalowaniem określeń wobec poglądów odmiennych. Innym sposobem mającym uwiarygodnić własne opinie ma być odwaga przyznania się, że w przeszłości w ocenie polskiej reformy popełniło się błąd. Problem polega jednak na tym, że akt takiej swoistej ekspiacji sam w sobie nie oznacza, że teraz ma się rację. Można przypuszczać, że tego rodzaju nawróceniom mocno sprzyja obecny kryzys światowy, w których emocje zdecydowanie górują nad racjonalnym myśleniem. Ale roztropność podpowiada, żeby właśnie w okresach, gdy zarówno w gospodarce, jak i w teorii ekonomii utraciliśmy okresowo ważne drogowskazy, unikać pochopnych, słabo przygotowanych rozwiązań. Bo przecież ten lawinowy wzrost zapału do rozmontowywania instytucji gospodarki rynkowej obserwowany u ekonomistów, których jeszcze niedawno nikt by o to nie podejrzewał, może oznaczać, że na przykład za rok jeden z nich "przejrzy" i uzna, że niezależność banku centralnego lub obecny cel inflacyjny też właściwie nie powinny być przedmiotem tabu.

J.K. Bielecki ma dużo racji, pisząc, że zawiódł w Polsce system monitorowania reformy emerytalnej. Był to poważny defekt instytucjonalny. Być może biuro pełnomocnika rządu ds. reformy emerytalnej powinno było zostać wzmocnione i przekształcone w niezależny organ nadzorczy. Być może NIK powinna mieć też pion "funkcjonalny", który nie kontroluje konkretnych instytucji, lecz wdrażanie kluczowych reform. Brak monitoringu nie oznacza jednak, że podstawowe rozwiązania reformy były błędne. W Chile od początku reformy dokonano w ustawie 44 zmiany. Co istotne, były do korekty doskonalące system, podnoszące efektywność działania wszystkich trzech filarów. Nie były to natomiast nigdy zmiany w reakcji na krótkookresowe trudności budżetowe i polityczne interesy rządu. Należy ponadto podkreślić, że zarzut JKB odnosi się w co najmniej takim stopniu do sytuacji w finansach publicznych oraz do procesu prywatyzacji, jeśli przyjąć, że monitorowanie oznacza również istnienie mechanizmu wymuszającego korekty i dostosowania.

Specjaliści podkreślają, że nawet bardzo efektywny system składkowy nie uchroni przyszłych emerytur przed skutkami zmian demograficznych. Ich zdaniem najważniejszy klucz do sukcesu tkwi w reformach rynku pracy oraz finansów publicznych. Prof. Leszek Balcerowicz ma dlatego rację, że nie chce zgodzić się na zaproponowaną przez ministra Jacka Rostowskiego debatę w mediach, która dotyczyłaby tylko jednego fragmentu koniecznego pakietu reform. Uważam jednak, że dla sposobu prowadzenia dyskusji publicznej byłoby lepiej, żeby prof. Balcerowicz domagał się nie tyle odpowiedzi na piśmie na własne propozycje, ile poważnego dokumentu rządowego, który zmiany w OFE umiejscawia w całym pakiecie koniecznych reform. Rada Ekonomiczna powinna odegrać kluczową rolę w jego opracowaniu. Jeśli dokument ten będzie odpowiadał standardom Izby Gmin, to pojawi się nadzieja na obniżenie w przyszłości jawnego i ukrytego długu publicznego, a nasz dług wdzięczności wobec J.K. Bieleckiego będzie przez lata rósł, co mierzyć będzie zegar ufundowany przez przyszłych emerytów. Dopóki taki dokument się nie pojawi, to lepiej, żeby Sejm projektem zmian w OFE się nie zajmował.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów