W rekordowym 2007 r. zagraniczne firmy zainwestowały w Polsce 17,2 mld euro. Potem przyszedł kryzys i z roku na rok było coraz gorzej. W 2010 r. inwestycje wyniosły już tylko 7,5 mld euro.
To mało. Tak małego napływu inwestycji nie mieliśmy od 2003 r. Po wejściu do Unii Europejskiej wiele międzynarodowych koncernów uznało, że nie może ich w Polsce zabraknąć, i otwierało swoje przedstawicielstwa, fabryki, tworzyło sieć dystrybucyjną, reinwestowało zyski.
Gdy przyszedł kryzys finansowy, wielu z nich musiało zrewidować swoje strategie. - Wynik za 2010 r. pokazuje nie tylko mniejszy napływ inwestycji, ale też wycofanie części kapitału. Nawet jeśli dla jakiegoś przedsiębiorstwa pozostaliśmy atrakcyjni, to kłopoty w jego kraju zmusiły je do wyjścia z Polski. Tak jak irlandzki AIB musiał sprzedać Bank Zachodni WBK - tłumaczy Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.
Słabość firm zagranicznych widać jeszcze w drugim wymiarze - pozycji naszych przedsiębiorstw na obcych rynkach. Zainwestowaliśmy w 2010 r. 3,8 mld euro, czyli połowę tego co firmy zagraniczne w Polsce. Od kilku lat ta kwota zmienia się nieznacznie.
Dane NBP o inwestycjach to część obliczanego przez bank centralny bilansu płatniczego - mówiąc wprost: ile pieniędzy z Polski wypływa, a ile napływa. W całym 2010 r. mieliśmy (jak co roku) deficyt 11,6 mld euro. Złożył się nań m.in. ujemny bilans w handlu zagranicznym (choć wartość eksportu wzrosła o 20,1 proc., do 122 mld euro, najwięcej w historii) czy w dochodach (prawie 12 mld - to m.in. wypłata dywidend).
Ekonomiści bacznie sprawdzają, jak duży jest cały deficyt obrotów bieżących w relacji do PKB. - Dla takiej gospodarki jak Polska nie powinien przekraczać 5 proc. PKB. To oznaczałoby, że zbytnio jesteśmy uzależnieni od finansowania z zewnątrz. W ubiegłym roku poziom ten jednak był bezpieczny - wyniósł 3,3 proc. - mówi Urszula Kryńska.
W tym roku deficyt może się jeszcze pogłębiać, gdyż ekonomiści spodziewają się, że eksport będzie rósł wolniej niż import.