Wczorajsze dane GUS zaskoczyły wszystkich: inflacja skoczyła do 3,8 proc. w styczniu z 3,1 proc. w grudniu. Bankowi ekonomiści byli świadomi, że szalejące na światowych rynkach ceny produktów żywnościowych i paliw napędzają ceny, ale nie docenili skali zjawiska.
Najwięksi pesymiści przewidywali, że inflacja przyspieszy najwyżej do 3,6 proc. - Figura nieciekawa, odczyt groźny - skwitowała dane analitycznym slangiem Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH.
Na dane natychmiast zareagował rynek finansowy -
złoty umocnił się (euro zdrożało 2 grosze), a
obligacje staniały (ich rentowność wzrosła o blisko 0,1 pkt proc.).
Inflacja przyspiesza od połowy ubiegłego roku, jednak takiego wyniku jak w styczniu nie widzieliśmy od kwietnia 2009 roku. A takiego skoku w ciągu jednego miesiąca nie było od trzech i pół roku.
Powodów przyspieszenia cen jest kilka. Oprócz szaleństwa cen żywności i paliw swoje trzy grosze dołożyła podwyżka VAT od stycznia, którą część handlowców mogła wykorzystała do dodatkowego podniesienia cen. W ten sposób mogą bowiem odrabiać to, co stracili w chudych dla gospodarki czasach.
Ministerstwo Finansów w ubiegłym roku wyliczało, że zmiana stawek VAT podniesie inflację o 0,7 pkt proc., ale ceny żywności z tego powodu spadną o 0,1 proc. Tymczasem ceny żywności tylko między grudniem a styczniem wzrosły o 1,7 proc. - Tylko żywność podbiła inflację o 0,3 pkt proc. - szacuje Marta Petka-Zagajewska z Raiffeisen Banku.
Choć dane GUS są dopiero wstępne (urząd będzie je przeliczał według nowego udziału poszczególnych towarów w naszych wydatkach, czyli w tzw. koszyku inflacyjnym), to ekonomiści uważają, że rewizja danych nie odmieni smutnego obrazu. - Inflacja rośnie i nic tego nie zmieni - mówi wprost Dariusz Rosati, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Tyle tylko, że dotychczas członkowie RPP mieli nadzieję, że nawet w swoim szczycie inflacja nie będzie przekraczać 3,5 proc. - tyle wynosi górna granica celu inflacyjnego Rady.
Rynek natychmiast zaczął więc spekulować, że Rada, sugerująca ostatnio, że z kolejną podwyżką stóp poczeka kilka miesięcy, jednak zechce zadziałać wcześniej. - Polityką pieniężną nie da się wpływać na ceny żywności i paliw. Ale Rada musi uważać na wtórne efekty skoku tych cen - ludzie mogą spodziewać się wzrostu cen również innych towarów i je akceptować, żądać wyższych płac, chętniej zaciągać kredyty - tłumaczy Rosati.
Urszula Kryńska, ekonomistka banku Millennium, zwraca uwagę, że wprawdzie inflacja przekracza cel Rady, ale gospodarka jeszcze dobrze nie stanęła na nogi i nie należy jej aplikować szybkich podwyżek stóp (w styczniu Rada podniosła je po raz pierwszy od 2008 roku). - Kupowaliśmy wprawdzie więcej, ale może to z powodu zapowiedzianej podwyżki VAT. Poza tym bezrobocie jest wysokie i rośnie, a inwestycje dla odmiany wciąż nie chcą rosnąć - mówi ekonomistka.
Maja Goettig uważa z kolei, że Rada spóźniła się z pierwszą podwyżką. - Stopy trzeba było podnieść w październiku. Już wtedy było wiadomo, że inflacja przyspiesza. Teraz Rada nie musiałaby reagować na inflację przekraczającą cel - wyjaśnia.
Ekonomiści nie są teraz w stanie przewidzieć, co zrobi Rada - narzekają, że członkowie Rady kiepsko komunikują się z rynkiem. - Poza tym część z nich zmienia poglądy w czasie dyskusji na posiedzeniu, w zależności od tego, która strona - jastrzębi czy gołębi - jest bardziej przekonująca. I tym razem wiele będzie zależało od poglądów szefa NBP Marka Belki - twierdzi Kryńska.
Ekonomistka Banku BPH dodaje, że istotne znaczenie będą miały też publikowane przed samym posiedzeniem dane o płacach, produkcji, PKB w IV kwartale i bieżący kurs złotego. Rada nieraz podkreślała, że im mocniejszy złoty, tym łatwiej będzie jej walczyć z inflacją i mniejsze podwyżki stóp będzie trzeba zaordynować.
Zdaniem Marty Petki-Zagajewskiej stopy wzrosną już w styczniu, a potem jeszcze dwa razy do końca roku.