Roman Żołna z Bierunia jeszcze nie ułożył podłóg i nie pomalował ścian w domu zniszczonym przez ubiegłoroczną powódź. Woda nie ocaliła u niego nawet jednego krzesła. Czteroosobową rodzinę utrzymuje z 2 tys. zł emerytury. Z tego 600 zł wydaje na prąd, bo dom trzeba cały czas osuszać.
- Jak dwa dni pada, ja już mam serce w gardle - mówi Żołna. Mieszka blisko Wisły. Bacznie obserwuje prace przy naprawie zniszczonych wałów. W maju zeszłego roku woda przerwała obwałowania i zalała czwartą część miasta. Wyrwę szybko załatano kamieniem z kopalni, folią i workami z piaskiem.
Taka prowizorka trwa do dzisiaj. Odbudowa wału dopiero się zaczęła, ale posuwa się w żółwim tempie. - Wystarczy, że woda podniesie się kilka metrów i zmiecie wał. Będzie po nas - załamuje ręce Żołna.
11 mld zł strat
W takiej samej sytuacji są mieszkańcy wielu zalanych miejscowości w całej Polsce. Ubiegłoroczna powódź zniszczyła 18 tys. domów, ponad 800 szkół i 160 przedszkoli. Do remontu nadawało się 10 tys. km dróg, ponad półtora tysiąca mostów i 250 km sieci energetycznych i telekomunikacyjnych. Uszkodzonych zostało 8927 km wałów przeciwpowodziowych.
Straty przekroczyły 11 mld zł. Ale koszty - choć od powodzi minął prawie rok - dalej rosną. Wiele domów odnowionych po zalaniu znów nadaje się do remontu. Powód? Prace robiono często w pośpiechu. Ściany nie zdążyły przed zimą dobrze wyschnąć.
- Teraz w domach wychodzi pleśń, na płytach gipsowych farba zaczyna się łuszczyć, płytki odpadają, podłogi wstają - opowiada Daniel Kuś z zalanego przez wodę Wilkowa. Sam remontu nawet nie zaczął. - Nie chciałem, bo wiedziałem, że wilgoć w środku jest bardzo duża - tłumaczy.
Mieszkańcy gminy domagają się ponownej wyceny szkód powodziowych. - Czekamy na nowe środki, bo ja uważam, że nie do pomyślenia będzie sytuacja, że rząd polski pozostawi tych ludzi samych sobie - mówi wójt gminy Wilków Grzegorz Teresiński.
Szanse są niewielkie. O ponowną wycenę strat powodziowych prosili już mieszkańcy zalanego Janowca nad Wisłą. - Zapytaliśmy wojewodę, czy dostaniemy na to pieniądze, i spotkaliśmy się z odmową - mówi wójt gminy Tadeusz Kocoń.
Pomoc od państwa dostaną za to gminy. MSWiA z Ministerstwem Rozwoju Regionalnego i Ministerstwem Środowiska przekażą dodatkowe 600 mln zł dla najbardziej poszkodowanych przez powódź gmin na odbudowę dróg, mostów, naprawę wałów przeciwpowodziowych i budynków miejskich. Na liście jest 18 samorządów z ośmiu województw: m.in. Wilków, Lanckorona, Gąbin i Sandomierz.
Pozostałe poszkodowane w powodzi gminy mogą liczyć na promesy na odbudowę infrastruktury. W tym roku przyznano je samorządom na kwotę ponad 340 mln zł.
Unia obiecuje, ale nie daje
Część pieniędzy na odbudowę zniszczeń powodziowych miała dać UE z Funduszu Solidarności. Sięga się do niego w wypadku klęsk żywiołowych. W połowie grudnia Komisja Europejska zaproponowała, by wypłacić z niego Polsce 105 mln euro. Pieniądze miały trafić do nas w marcu.
Wypłata środków stoi pod znakiem zapytania. Blokują ją Wielka Brytania, Holandia i Czechy. Powód? Fundusz Solidarności nie jest uwzględniany w unijnym budżecie. Kiedy w przeszłości trzeba było go uruchomić na początku roku, po prostu podnoszono składkę, którą każde państwo płaci do unijnej kasy. A na to muszą się zgodzić wszystkie kraje członkowskie.
- Po raz pierwszy w historii spotykamy się z oporem kilku państw - powiedział Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu. Pieniądze mogłyby pochodzić z budżetu UE, ale wtedy musiałby on wzrosnąć w tym roku ponad uzgodnione 2,91 proc. To nie podoba się Parlamentowi Europejskiemu i Komisji.
- Państwa członkowskie powinny zgodzić się na uruchomienie dodatkowych środków. Zobowiązały się do tego w grudniu - uważa Sidonia Jędrzejewska z komisji budżetowej PE.
Jeśli kraje UE nie dogadają się z Komisją i Parlamentem, konieczne będzie spotkanie rozjemcze, co jeszcze wydłuży czas oczekiwania na wypłatę. Na pieniądze poza Polską liczą też Słowacy, Węgrzy, Rumunii i Chorwaci, których ubiegłoroczna powódź kosztowała 2 mld euro. - Zrobię wszystko, żeby te pieniądze trafiły do Polski - zapewnił Lewandowski.
Przezorny ubezpieczony
Polacy, licząc na pomoc państwa, nadal sami się nie zabezpieczają. Niewielu wzięło sobie do serca słynne słowa premiera Włodzimierza Cimoszewicza z 1997 r., że "trzeba się było ubezpieczyć". Wykupionych mamy jedynie 7 mln polis chroniących nasz dobytek przed żywiołami. Kolejny milion zakupiły firmy.
- Po ubiegłorocznej powodzi nie zaobserwowaliśmy wzrostu zainteresowania ubezpieczeniami od żywiołów - mówi Michał Witkowski, rzecznik PZU. Jego zdaniem Polacy nie wyciągają wniosków nawet po takim doświadczeniu. - Nie jesteśmy mądrzy ani przed, ani nawet po szkodzie - dodaje.