Rząd Jerzego Buzka, w którym Balcerowicz był wicepremierem, sprzedał państwowy majątek za rekordową sumę ponad 54 mld zł. Balcerowicz do dziś powtarza, że najlepszym ministrem skarbu był Emil Wąsacz, bo miał odwagę prywatyzować, a dzięki dużym wpływom z prywatyzacji państwo mogło mniej się zadłużać.
Przed wyborami parlamentarnymi 2007 roku Platforma Obywatelska jawiła się jako zwolenniczka sprzedaży państwowych spółek, także tych największych. Premier Donald Tusk w exposé w 2007 roku mówił: "Nie ma lepszego zabezpieczenia przed ingerowaniem polityków w zarządzanie spółkami niż realne zwiększenie konkurencyjności polskich firm i polskiej gospodarki, a to uzyskamy w drodze mądrej, szybkiej i dynamicznej prywatyzacji".
Minister skarbu Aleksander Grad sprzedaje mniejsze spółki, głównie poprzez sprzedaż pakietów akcji na giełdzie, ale tak, by skarb zachowywał na tyle duże wpływy, by wciąż móc samodzielnie wskazywać władze spółki.
W sprawie dużych spółek głos zabrał Jan Krzysztof Bielecki, który w wywiadzie dla "Gazety" przedstawił ideowe uzasadnienie dla prywatyzacyjnego zastoju rządu w tej materii. Mało kto miał zresztą o to pretensje, bo jeśli przejrzeć publicystykę gospodarczą z ostatnich kilku lat, wyraźnie widać, że zapanowało coś na kształt cichej zgody na brak radykalnych zmian w: KGHM, PKO BP, PKN Orlen czy Lotosie. Radykalnych, a więc takich, w wyniku których państwo traciłoby kontrolę nad tymi firmami. Bo kupującymi prędzej czy później byliby Rosjanie (Orlen czy Lotos), poza tym światowy kryzys wymiótł z naszego regionu - i nie tylko - chętnych inwestorów.
Bielecki uważa, że nie ma co na siłę prywatyzować dużych spółek skarbu państwa, że - owszem - jak będzie superokazja czy ciekawy projekt, to można to rozważać. Ale generalnie lepiej, aby duże koncerny miały swoje centra decyzyjne w Polsce, bo np. sektor bankowy jest już w rękach zagranicznych inwestorów niemal w całości. I starczy.
Zdaniem Bieleckiego, a także Grada, kryzys ujawnił nowe ryzyka i narodowe egoizmy w globalnych korporacjach, szczególnie w bankach. Rządy państw zachodnich w czasie kryzysu musiały ratować banki, potem same wpadały w kłopoty budżetowe i naciskały na wielkie korporacje finansowe, aby zwracały swojemu państwu pieniądze. A skąd je wziąć? Najlepiej z oddziałów i zdrowych filii tychże korporacji np. w Polsce. A to było niekorzystne dla polskich banków należących do zagranicznych właścicieli. To nie znaczy wcale, że Bielecki uważa poprzednią prywatyzację za złą (tłumaczy, że na początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce nie było kapitału ani know-how, dlatego trzeba było wpuścić inwestorów z zewnątrz), ale sądzi, że jesteśmy w innym punkcie rozwojowym, dlatego kryzys trzeba wykorzystać do odzyskania części sektora bankowego dla polskiego kapitału. Dlatego państwowy PKO BP starał się odkupić od irlandzkich inwestorów Bank Zachodni WBK. Bezskutecznie zresztą, bo hiszpański Santander przebił polską ofertę.
Tymczasem według Balcerowicza państwo powinno wyjść z wszystkich państwowych firm jak najszybciej. - Zakładane przez rząd przyhamowanie tempa prywatyzacji w 2011 r. i w kolejnych latach nie ma merytorycznego uzasadnienia. Dobra koniunktura na rynku kapitałowym pozwala obecnie uzyskać atrakcyjne wyceny za sprzedawane pakiety akcji, zwłaszcza w przypadku spółek powiązanych z sektorem surowcowym: KGHM, spółki węglowe, Lotos, PKN Orlen - czytamy w raporcie FOR, fundacji Balcerowicza, z początku stycznia tego roku.
Były wicepremier mówi o przyhamowaniu prywatyzacji, bo w 2010 r. ministrowi Gradowi udało się pozyskać 22 mld zł ze sprzedaży państwowych firm, ale plany na kolejne lata są już skromniejsze - 15 mld zł w tym roku i kolejne 15 mld zł w latach 2012-13.
Według Balcerowicza w tym roku przychody z prywatyzacji powinny wynieść co najmniej 27 mld zł. Sama sprzedaż akcji KGHM mogłaby dać 10-11 mld zł (zbycie wszystkich 31 proc. akcji), a PKO BP - 24,5-27 mld zł (gdyby państwo pozbyło się wszystkich 51 proc. akcji). Gdyby państwo wyszło ze wszystkich dużych spółek, budżet zyskałby 100-110 mld zł.
Myśl Bieleckiego, szczególnie dotycząca banków, nie jest nowa. Teraz 85 proc. banków komercyjnych ma wśród akcjonariuszy inwestora zagranicznego. A 57 proc. jest kontrolowanych przez kapitał zagraniczny w 100 proc. Ale oprócz tego mamy prawie 600 banków spółdzielczych - wyłącznie polskich. No i polskie państwowe banki to PKO BP i BGK. Są też prywatne z udziałem polskiego kapitału, np. Eurobank czy Getin Bank.
O tym, że zbyt duża część tego sektora jest w rękach zachodnich właścicieli, mówiło sporo poważnych praktyków biznesowych, choć wielu z nich owe sądy wolało wypowiadać nieoficjalnie. Przypomnijmy choćby wypowiedź Janusza Szlanty, byłego prezesa Stoczni Gdynia: - Polscy prezesi zostali sprowadzeni do roli PR-owców. Decyzje o naprawdę wielkich inwestycjach zapadają za granicą, a szefów wielkich korporacji zagranicznych nie interesują nasze przedsięwzięcia gospodarcze. Jeżeli podjęli decyzje, że nie będą finansować przemysłu stoczniowego, to żaden polski prezes banku ich nie przekona, choćby projekt polski był ciekawy i opłacalny.
Dziś można odnieść wrażenie, że takie zdanie ma także Bielecki, który odszedł z Pekao SA skonfliktowany z szefami włoskiego UniCredit, który kontroluje ten polski bank.
A na zarzuty Balcerowicza minister Grad przypomniał, że to właśnie rząd Buzka sprzedał TP SA francuskiemu koncernowi państwowemu France Telekom, więc co to za prywatyzacja. Nadal państwo kontroluje telekomunikację, tyle że francuskie. To może lepiej już, aby było to państwo polskie.
Balcerowicz na to odpowiadał w "Gazecie": - Gdy powstała koalicja AWS-UW, to najlepszy kawałek tej spółki został już w spółce, której współwłaścicielem był FranceTelecom, i to odstraszało oferentów. Takiej sytuacji nie było, gdy państwowy bank PKO BP planował przejęcie banku prywatnego BZ WBK na zasadzie przesłania, że trzeba go "odbić" z rąk obcego kapitału.
I trzeba przyznać, że rzeczywiście rząd był wówczas skazany na Francuzów. Ocena tej transakcji jest bardzo trudna, tak jak trudno rozstrzygnąć, kto ma rację - Bielecki czy Balcerowicz. Ale przyjrzenie się temu konkretnemu przypadkowi dobrze pokazuje, jak skomplikowana jest to materia.
Państwo polskie zarobiło na sprzedaży naszej Telekomunikacji prawdziwe kokosy, a Francuzi zwyczajnie przepłacili. Wystarczy porównać, ile za akcję TP płacono kilkanaście lat temu (ok. 38 zł), a ile płacimy teraz (16 zł, w porywach do 20 zł). Wpływy z tej prywatyzacji poważnie podreperowały budżet. Sprzedano 35 proc. akcji TP SA za kwotę 4,1 mld dol. (18,6 mld zł). Krytycy tej decyzji zapominają, że alternatywą dla niej byłyby zapewne drastyczne cięcia wydatków socjalnych, na które nie było pokrycia w dochodach.
Na prywatyzacji skorzystali też pracownicy firmy, dostając pakiety akcji. TP zyskała nowe technologie, choć trzeba dodać, że zarządzanie tą spółką i obsługa klientów jeszcze przez długie lata poważnie szwankowały.
Tak duże projekty mają jednak swoje blaski i cienie - polskie koncerny miewały przed prywatyzacją polskich kontrahentów, a po prywatyzacji byli oni zwykle zamieniani na dostawców, których globalna korporacja wskazywała w swoich centralach. Poza tym ta prywatyzacja sprawiła, że rynek telekomunikacyjny na długie lata został zakonserwowany, a TP było monopolistą.
Czy TP po prywatyzacji rzeczywiście uwolniło się od polskich wpływów politycznych, tak jak chciałby tego Balcerowicz? Kilka lat temu można było mieć w tej sprawie wątpliwości. Francuscy właściciele dobierali sobie takich polskich prezesów, którzy byli w miarę przyjaznych stosunkach z panującą w Polsce władzą. A jak władza się zmieniała, to takiemu prezesowi dziękowano i szukano nowego. Dobre relacje z rządem były bowiem nie do przecenienia w przypadku rynku telekomunikacyjnego, którego kształt w dużej mierze - szczególnie na przełomie wieków - zależał od inicjatywy państwowego regulatora.
Istota problemu polegała na tym, że także te olbrzymie spółki wymagały doinwestowania, a w Polsce kapitału nie było. I co gorsza, nie ma nadal. PSL głosił tezę, by firmy sprzedawać polskim przedsiębiorcom, ale nie było to łatwe. Owszem, nasi rodzimi potentaci brali udział w prywatyzacjach, np. Jan Kulczyk, ale potem odsprzedawali z zyskiem swoje pakiety akcji zachodnim inwestorom. Tak było choćby w przypadku TP. Trudno mieć pretensje do Kulczyka, że kieruje się swoim dobrze pojętym interesem, ale też przestańmy się oszukiwać, że w naszym kraju wielkie korzyści przyniesie nam preferowanie polskiego kapitału przy prywatyzacjach. Bo Kulczyk działał nie jak długofalowy decydujący o wszystkim inwestor strategiczny, ale raczej jak fundusz inwestycyjny. Ostatnio historia mogła się powtórzyć: Kulczyk znów stanął do walki o przejęcie firmy z branży energetycznej Enei, ale skarb państwa nabrał wątpliwości, czy biznesmen rzeczywiście ma wystarczające fundusze, by sfinansować ten zakup. Bo tu chodziło o 11 mld zł, a takie prywatyzacje przeprowadzić jest bardzo trudno. Niewielu jest graczy, którzy dysponują taką gotówką. Teraz skarb państwa negocjuje z koncernem Electricité de France (EdF), który należy głównie do... państwa francuskiego.