Nad prezesem Głównego Urzędu Statystycznego chmury zbierały się od kilkunastu miesięcy. Ale nawałnica uderzyła dopiero po kontroli, jaką kancelaria premiera przeprowadziła w sprawie wynagradzania osób zaangażowanych w spis powszechny.
- W GUS od dawna coś działo się źle - twierdzi minister ds. walki z korupcją Julia Pitera. - Dostawaliśmy niepokojące sygnały od pracowników. Te informacje były bardzo szczegółowe. Nie zawierały inwektyw pod adresem kierownictwa, ale opis konkretnych sytuacji - mówi.
Te anonimowe informacje trafiały też do mediów. Pracownicy skarżyli się m.in. na łamanie prawa, podporządkowane osobistym interesom interpretacje ustaw i rozporządzeń premiera, zarzucali kierownictwu "terror psychiczny", "wielomilionowe straty, niegospodarność, nadużycia". Głównymi rozgrywającymi własnych interesów miał być prezes Józef Oleński i dyrektor departamentu programowania i koordynacji badań prowadzący centralne biuro spisowe Janusz Dygaszewicz.
Oleński tydzień temu został odwołany.
Oficjalny, kulturalny O prezesie GUS głośniej zrobiło się kilka miesięcy temu. By zachęcić do udziału w spisie rolnym, rozesłał do chłopów oficjalny list. I poważnym tonem rozpoczął: "Powszechny Spis Rolny otwiera nowy etap w rozwoju polskiej statystyki publicznej, jakim jest prowadzenie masowych badań statystycznych przy wykorzystaniu nowoczesnych i efektywnych technologii informatycznych, jak elektroniczne rejestratory danych, telefon czy internet, który umożliwi respondentom dokonanie samodzielnego spisania się". Ten drętwy język i nieumiejętność komunikowania się z nieufnymi rolnikami krytykowała na naszych łamach Krystyna Naszkowska w tekście "Rolniku, spisz się (lepiej niż prezes GUS)".
Ale to pismo dobrze charakteryzuje byłego prezesa. Oficjalny, skupiony, bez emocji. Obce są mu wartkie wypowiedzi i zadziorne bon moty w stylu choćby szefa NBP Marka Belki. Tym samym oficjalnym tonem przemawiał na konferencjach prasowych. Choć nikt nie kwestionuje jego wiedzy i doświadczenia, to ekonomiści nie potrafią powiedzieć o nim nic konkretnego. „Nie znaliśmy się dobrze”. „Nasze relacje ograniczały się do »dzień dobry « i »do widzenia «” powiedziało nam kilku obecnych i byłych wysokich urzędników Ministerstwa Finansów i Narodowego Banku Polskiego. Wiesław Łagodziński, rzecznik prasowy GUS - odwołany trzy dni po swoim szefie - dodaje tylko jedną cechę do tej charakterystyki: - Niezwykle kulturalny, ma świetną kindersztubę.
Drugi raz w tej samej rzece Józef Oleński był szefem GUS od 4,5 roku, do końca kadencji zostało mu kilka miesięcy. W 2006 r. powołał go ówczesny premier Jarosław Kaczyński. W ten sposób po raz drugi wszedł do tej samej rzeki - w 1992 r. zastąpił na fotelu prezesa GUS urzędującego jedynie rok Bohdana Wyżnikiewicza. - Podpadłem wówczas ministrowi Antoniemu Macierewiczowi i premierowi Janowi Olszewskiemu. Nie zgodziłem się przekazywać nieopracowanych do końca danych i nie chciałem udostępniać informacji przesyłanych przez konkretne firmy - mówi dziś "Gazecie" Wyżnikiewicz. Od ponad 15 lat prawo precyzyjnie mówi o tajemnicy statystycznej. Za jej złamanie grozi więzienie. I choć zdarza się, że np. prokuratorzy domagają się wydania dokumentów firm, jest to dziś praktycznie niemożliwe.
Oleński nigdy nie był w zaciągu partii braci Kaczyńskich, ale był z nimi kojarzony. Kilka miesięcy, zanim po raz drugi został szefem GUS, był doradcą zespołu ds. administracji publicznej PiS. Forsował tam pomysł stworzenia nowego Urzędu ds. Informatyzacji. Sprawę tę pilotował ówczesny marszałek Sejmu Ludwik Dorn, a Oleński miał zostać szefem urzędu.
W głębi duszy gołąb Stanowisko prezesa GUS jest z założenia mało eksponowane. Działalność urzędu skupia się na podliczaniu tego, co było. Nie przewiduje przyszłości, nie dywaguje na temat zjawisk, jeśli nie zgromadził na ich temat odpowiedniej ilości danych (choćby pośrednich). Szefostwo GUS ciężko namówić na wywiad, jeśli nie jest się stacją telewizyjną. Jednak prezes Oleński - "dla sprawy" - w pewnym momencie zaczął wychodzić poza ten nudny, utarty schemat.
W 2007 r. gospodarka była na pełnych obrotach, produkcja, sprzedaż i pensje rosły bardzo szybko. Stopniowo rosła też inflacja, a Rada Polityki Pieniężnej zaczęła podnosić stopy procentowe. Szefem Rady był wówczas bliski współpracownik Lecha Kaczyńskiego Sławomir Skrzypek (obaj zginęli w katastrofie smoleńskiej). Skrzypek był za ekstremalnie łagodną polityką pieniężną. Głosował przeciw podwyżkom nawet wtedy, gdy za byli wszyscy pozostali członkowie, wśród których nie brakowało "gołębi".
Krytykowany za pobłażliwość wobec inflacji Skrzypek nieoczekiwane wsparcie otrzymał właśnie od szefa GUS. Jesienią 2007 r. na konferencjach prasowych wymownie zmienił sposób podawania informacji. Wielokrotnie podkreślał wówczas, że "mamy bezinflacyjny wzrost gospodarczy". Jego zdaniem o inflacji można mówić, gdy wskaźnik wzrostu cen przekracza 5 proc. Bezprecedensowo wspierał go wówczas zastępca Janusz Witkowski (długoletni wiceszef GUS, dziś pełni obowiązki prezesa), przedstawiając uspokajające prognozy inflacji. Notabene nietrafione - inflacja w ciągu trzech miesięcy skoczyła do 4, a nie 2,2 proc.
W trosce o dobro i bezpieczeństwo W 2009 r. poszedł na wojnę z firmą ubezpieczeniową Signal Iduna. Na oficjalnej stronie internetowej GUS zamieszczono komunikat, że urząd "w trosce o dobro i bezpieczeństwo pracowników" rezygnuje z usług towarzystwa. Prezes odmawia usunięcia tego komunikatu, choć apelują o to SI i kancelaria premiera. Na korytarzach mówi się o niechybnym odwołaniu prezesa. Ubezpieczyciel wytacza GUS proces, bo obu stron nie łączyła żadna umowa.
O co chodziło? Po osobistej tragedii prezes miał trudności z odszkodowaniem i zraził się do firmy. Gdy dowiedział się, że firma, która dostarcza GUS bilety na
podróże służbowe, ma z Signal Iduną umowę na ubezpieczenie wyjeżdżających, kazał jej zmienić ubezpieczyciela. A na stronach pojawił się osławiony komunikat. Signal Iduna wygrała sprawę w sądzie.
Spokój statystyka Odwołanie Oleńskiego natychmiast oprotestowało Prawo i Sprawiedliwość. Rzecznik klubu Adam Hofman sugerował, że rząd zrobił zamach na niezależny urząd, by manipulować statystykami. - Czy Polska będzie drugą Grecją? Jeśli dane gospodarcze są złe, tym gorzej dla danych i prezesa GUS? Mamy nadzieję, że nikt nie wpadł na pomysł, że należy podrasować wskaźniki gospodarcze, żeby przed Unią Europejską wypadać dobrze - mówił na konferencji prasowej.
Ekonomiści są jednak o wiarygodność urzędu spokojni. - GUS to ogromna machina. Żeby fałszować dane, trzeba byłoby manipulować w algorytmach komputerowych. Nie jesteśmy drugą Grecją - mówi Marek Borowski, szef Socjaldemokracji Polskiej. - Poza tym mamy doskonałych ekonomistów w bankach i innych instytucjach, którzy non stop kontrolują GUS, sprawdzają prezentowane wyniki. Jak coś się nie zgadza, to urząd tłumaczy się im. Nie działa w próżni - podkreśla były minister finansów.
Prof. Barbara Liberda, która jest doradcą prezesa do spraw metodologicznych, zapewnia, że GUS doskonale prowadzi badania i jest chwalony w Europie. - Świetnie wypadamy zwłaszcza na tle nowych państw UE. Wyniki są na czas, panel badań jest szeroki, a próby ogromne - wylicza.
Do GUS co miesiąc trafiają tony papierowych sprawozdań i gigabajty danych. Wszystkie firmy, które zatrudniają co najmniej dziesięć osób non stop, spowiadają się z liczby pracowników i ich wynagrodzeń, obowiązkowo przesyłają swoje wyniki finansowe. Dodatkowo około 6 tys. wylosowanych firm co miesiąc odpowiada na pytania o kondycje firmy, przewidywania na przyszłość, zapasy, zamówienia - tak opracowuje się wskaźnik koniunktury.
Kowalscy też nie mają łatwo. 40 tys. wylosowanych gospodarstw skrupulatnie notuje swoje miesięczne wydatki (nawet gumy do żucia i bilety kupowane w kiosku), a 60 tys. osób co miesiąc odpowiada na pytania związane z pracą (także tą na czarno) - tak powstaje badanie aktywności ekonomicznej ludności. Warto przy tym dodać, że reprezentatywne badania opinii, np. sondaże polityczne, opierają się na ankietach wśród około tysiąca osób.
Za półtora miesiąca zacznie się spis powszechny. To niezwykle ważne badanie - pierwsze po naszym wejściu do Unii Europejskiej. Dzięki niemu dowiemy się choćby tego, ilu tak naprawdę Polaków wyemigrowało. - Skończmy szybko to zamieszanie. Byłoby bardzo źle, gdyby zniechęciło ono Polaków do wypełniania kwestionariuszy - apeluje Liberda.