Choć niektórzy instytucjonalni udziałowcy spółki wywierali presję, by zmusić zarząd do ujawnienia planów sukcesji, w głosowaniu ostatecznie zwyciężyła opcja bardziej dyskretnego działania. Ale temat został wywołany, co przyniosło falę prasowych spekulacji.
Jedni twierdzą, że firma jest jak dobrze nasmarowany mechanizm, którego pracy nic nie zdoła zakłócić. Obecne na rynku przebojowe produkty, z iPhone'em i iPadem na czele, plus ich nowe wersje oraz całkiem nowe gadżety, o których wie jedynie garstka osób, mogą napędzać wzrost firmy przez ładnych parę lat nawet w obecnym natłoku konkurencji.
Według tego scenariusza wojska Apple'a są wymusztrowane tak, by "myśleć tak jak Steve", nawet gdy on akurat nie wydaje rozkazów. Rzeczywiście, wiele z najlepszych pomysłów w firmie powstało na niższym szczeblu. A nikt nie jest tak otrzaskany ze sposobem myślenia samego guru jak kilku menedżerów, których osobiście wybrał. Są wśród nich COO Tim Cook; Jonathan Ive, jeden z najbardziej utalentowanych projektantów w branży; Ron Johnson nadzorujący sklepy firmowe; wiceprezes ds. internetu Eddy Cue, który stoi za oszałamiającym sukcesem sklepów w sieci z muzyką i aplikacjami iTunes i App Store. Wszyscy oni starają się, jak mówi sam Jobs, wywrzeć na świecie swoje piętno, "choćby niewielkie wgniecenie".
Drugi, mniej różowy scenariusz mówi, że gdy zabraknie naturalnego instynktu Jobsa, który zarządzał firmą osobiście w najdrobniejszych sprawach, Apple straci impet. Żaden z wysokich rangą menedżerów nie obejmie jednocześnie zarządzania firmą i nowych projektów. Żaden też nie jest, jak ich szef, wizjonerem zdolnym telepatycznie wyczuwać potrzeby konsumentów niczym technologiczne medium. Przez lata najważniejsze decyzje w firmie podejmowano na cotygodniowych dziesięcioosobowych zebraniach strategicznych prowadzonych przez Jobsa.
Apple nie jest pierwszą firmą, którą zarządzał wizjoner perfekcjonista. Podobne rozterki przeżywało kierownictwo firm po odejściu Walta Disneya, Henry'ego Forda czy Sama Waltona, założyciela największej na świecie sieci sklepów Wal-Mart Stores. Zanim Michael Eisner tchnął w Walt Disney Co. nowego ducha, minęło dwadzieścia lat. Ford Motor Co. przeżył największe eldorado w latach 50., czyli dopiero w dekadę po śmierci założyciela. Z kolei Wal-Mart tak jak był największym sklepem świata w momencie śmierci Sama Waltona w 1992 roku, tak nim pozostał i cały czas prężnie się rozwija.
Innym współczesnym przykładem problematycznej schedy po wizjonerze jest słynny fundusz inwestycyjny Berkshire Hathaway Warrena Buffeta. Gdy firma była prowadzona przez 46 lat przez największego inwestora w historii, trudno się dziwić, że udziałowcy martwią się, kto przejmie po nim stery. A Buffet, jak to Buffet, mówi, że fundusz zapikuje w dół po jego odejściu i będzie to znakomita okazja do zakupów.
To, czy firma przetrwa w zdrowiu wstrząs związany z odejściem wybitnego szefa, zależy od tego, czy udało mu się uczynić własne wartości i wizję częścią kultury organizacyjnej. A to nie takie proste. Większość wybitnych menedżerów pochłoninętych planami wzrostu nie myśli o własnej śmiertelności.
Być może więc ikona nowoczesnych technologii zmieni się z czasem w solidną firmę w rodzaju Hewlett-Packarda i trudno będzie uwierzyć, że to właśnie Apple na zawsze zmienił świat muzyki, filmów i telefonów komórkowych.