Projekt ustawy, który zakłada likwidację użytkowania wieczystego, trafił do trzech komisji sejmowych: sprawiedliwości, samorządowej oraz infrastruktury, gdzie ma być dopracowywany. Beata Szydłowska z PO przyznała, że problemem są opłaty za użytkowanie wieczyste, które coraz mocniej biją po kieszeni mieszkańców zwłaszcza największych miast. Zdarza się, że stosowane przez gminy podwyżki sięgają tysiąca procent. Anna Paluch z PiS zwróciła uwagę, że podwyżki opłat są też zagrożeniem dla wielu przedsiębiorców.
Wątpliwości posłów wzbudza też rzetelność wycen gruntów, od których zależy wysokość opłat. Jedyną możliwością jej uniknięcia jest przekształcenie użytkowania wieczystego gruntów we własność. Właściciele domów, w tym spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, mogą nawet skorzystać w wysokich bonifikat (nawet 90-proc.). Jednak w praktyce najczęściej jest to zadanie niewykonalne. Operację przekształcenia może bowiem zablokować jeden właściciel
mieszkania, który nie zgodzi się na nie. Kłody pod nogi mieszkańcom rzucają również gminy, dla których opłaty z tytułu użytkowania wieczystego są jednym z najważniejszych źródeł dochodów.
Projekt PiS ma rozwiązać ten problem, bo z mocy prawa likwiduje użytkowanie wieczyste. Jednak podstawą wpisu własności na rzecz dotychczasowego użytkownika miałaby być wydana na jego wniosek (lub z urzędu) decyzja starosty (jeśli grunt jest obecnie własnością skarbu państwa) albo wójta, burmistrza, prezydenta miasta, zarządu powiatu lub województwa (w przypadku
nieruchomości samorządowych).
Własność nie byłaby jednak oddana za darmo. PiS proponuje, by opłata z tego tytułu stanowiła sumę opłat rocznych za użytkowanie wieczyste od 2012 r. do końca umowy lub decyzji o oddaniu gruntu w użytkowanie. Pod uwagę byłaby brana wysokość opłaty rocznej obowiązująca w 2011 r. W następnych latach nie byłaby już ona waloryzowana, czyli jej realna wartość byłaby coraz mniejsza.
Oczywiście za własność nie zapłacą ci, którym oddano nieruchomość w użytkowanie wieczyste w związku z wywłaszczeniem bądź przejęciem jej przez państwo, oraz dawni właściciele tzw. gruntów warszawskich, którzy uzyskali użytkowanie wieczyste na podstawie dekretu Bieruta z 1945 r. Użytkownicy działek przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe (w tym spółdzielnie, właściciele domów i mieszkań) oraz gruntów rolnych mogliby wybierać, czy płacą za własność na zasadach ogólnych, czy też do końca 2012 r. skorzystają z zasad odpłatności, które przewiduje obecna ustawa o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego w prawo własności.
Wyjaśnijmy, że oznacza to konieczność dopłacenia różnicy między wartością rynkową prawa własności i prawa użytkowania wieczystego. Jednak użytkownikom państwowego gruntu z co najmniej 20-letnim stażem (użytkownikami stali się przed 5 grudnia 1990 r.) ustawa gwarantuje minimum 50-proc. bonifikatę. Aż 90-proc. upust należy się tym, których dochód miesięczny w przeliczeniu na członka rodziny nie przekroczy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce narodowej ("za ostatnie półrocze roku poprzedzającego uwłaszczenie"). Obecnie to ok. 3,2 tys. zł brutto. Inaczej ma się rzecz w przypadku gruntów gminnych. O wysokości bonifikaty decydowaliby radni, gdyż narzucone gminom ustawowe bonifikaty zakwestionował w ubiegłym roku Trybunał Konstytucyjny.
Wciąż będzie można poprosić o rozłożenie opłaty za własność na 10-20 lat. Niespłacona część byłaby waloryzowana na podstawie stopy redyskonta weksli stosowanej przez NBP (teraz to 4 proc. w skali roku). Z wczorajszej debaty w Sejmie wynika jednak, że zaproponowane przez PiS rozwiązania mają tam wielu przeciwników. Los projektu nie jest więc jeszcze przesądzony. W tej sprawie nie wypowiedział się też rząd. Wiceminister sprawiedliwości Zbigniew Wrona zauważył, że projekt nie podoba się wielu gminom, bo pozbawia ich dochodów. Gminy mogą mieć zastrzeżenie, że przy określaniu odpłatności miałaby być uwzględniana wysokość opłaty rocznej z 2011 r. Sęk w tym, że wielu gminach wciąż obowiązują stawki nawet sprzed kilkunastu lat.
Przypomnijmy, że kiedy przeszło pięć lat temu PiS wystąpił z podobnym pomysłem, ówczesnemu SLD-owskiemu rządowi Marka Belki z trudem udało się go zablokować. Rząd ostrzegał, że uwłaszczeni użytkownicy (szczególnie firmy) będą się uchylali od opłat. Skarb państwa i samorządy uwikłałyby się w długotrwałe i kosztowne działania windykacyjne bez gwarancji odzyskania wszystkich pieniędzy.