W artykułach "Usterka warta miliony. Pełnomocnicy zarabiają krocie" (17 stycznia) i "Państwo wypłaca miliony za PRL" (7 lutego) opisaliśmy patologiczną stronę wypłat odszkodowań za wywłaszczone nieruchomości w PRL-u. Zarabiają na niej głównie pełnomocnicy wywłaszczonych w PRL-u właścicieli. Powstał silny rynek odszkodowawczy, który korzysta z braku jasnych przepisów dotyczących odszkodowań.
Lobbyści tego rynku otrzymali właśnie radosną wiadomość: Ministerstwo Skarbu oświadczyło, że przerywa prace nad ustawą reprywatyzacyjną, bo nie stać na to budżetu państwa. Ustawa miałaby kosztować budżet 20 mld zł. Ile będzie kosztował obecny brak przepisów? Samorządowcy twierdzą, że w skali kilku lat nawet więcej. Nikt naprawdę nie wie ile, bo żadne ministerstwo nie prowadzi takich statystyk.
Kac moralny po komunizmie
Przypomnijmy, że odszkodowań można się domagać na podstawie art. 130 ust. 1 ustawy o gospodarce nieruchomościami. Najwyższa Izba Kontroli i samorządowcy od lat bezskutecznie apelują do premiera, Ministerstwa Infrastruktury i Ministerstwa Finansów, by zmienić te przepisy lub uchwalić nową ustawę reprywatyzacyjną. Powód: finanse publiczne państwa są zagrożone.
Odszkodowania wypłacane z budżetu państwa, jak w przypadku opisanych niedawno działek w Gdyni, sięgają kilkunastu milionów złotych. Kiedy wypłata tak wielkich sum zależy od decyzji urzędników, często łamane są przepisy lub powstaje mechanizm korupcjogenny. Podawaliśmy przykłady z raportów NIK. Kontrolerzy w 2007 r. sprawdzali postępowania odszkodowawcze w urzędzie miasta w Gdyni i w urzędzie wojewódzkim w Gdańsku. Ustalili, że przy wycenie kina Fala z Gdyni wojewódzcy urzędnicy, łamiąc kodeks postępowania administracyjnego, specjalnie wydłużyli procedurę, by udało się otrzymać o ponad milion wyższe odszkodowanie od skarbu państwa. A urzędnik miejski z Gdyni wyniósł z miejsca pracy ważne dokumenty dotyczące atrakcyjnych z punktu widzenia uzyskania odszkodowania nieruchomości.
Po publikacji artykułów nic się jednak nie zmieniło.
- Pan przecenia siłę swoich tekstów. Nie to, że było coś z nimi nie tak. Powinni się nimi przejąć posłowie czy ministrowie, ale na nasze pisma też nikt od lat nie reaguje, a przecież to nie nasze pieniądze, tylko skarbu państwa. Właśnie za kilka dni wypłacone zostanie kolejne 2,5 mln zł za działkę w Gdyni - mówi Tomasz Banel, naczelnik wydziału polityki gospodarczej i nieruchomości w urzędzie miejskim w Gdyni.
Zdaniem Banela dzieje się tak, bo w sprawach odszkodowań orzecznictwo sądów jest niejednoznaczne, bo dokumentacja jest nieuporządkowana, a służby państwowe nie działają w sposób skoordynowany.
- Co innego mówi państwowy NIK, a co innego państwowe ministerstwa. Korzystają z tego pełnomocnicy. Myślę też, że państwo ma coś w rodzaju kaca moralnego: skoro kiedyś komuniści wszystko zabierali, my teraz wszystko musimy oddać. A nie zawsze zwrot się należy, i to według dzisiejszych cen - dodaje Tomasz Banel.
W sprawie artykułów napisałem też do posła Zbigniewa Rynasiewicza (PO), przewodniczącego komisji infrastruktury. Bez odzewu.
- Zwrócił się do nas po tych tekstach tylko poseł PiS Marek Opioła. Poprosił o dokładne materiały na temat naszych ustaleń w Gdyni i pism wysyłanych do ministerstw - mówi Michał Thomas z gdańskiej delegatury NIK.
Poseł Opioła chce w przyszłym tygodniu złożyć interpelację. - Chcę zadać premierowi Donaldowi Tuskowi pytanie, co zrobił w tej sprawie, bo jestem zaniepokojony artykułami w "Gazecie Wyborczej" - mówi poseł Opioła.
Nikt nic nie wie
Urzędnicy nieoficjalnie nie wierzą, by artykuły coś zmieniły, bo od lat nic nie zmieniają oficjalne pisma do ministerstw. Już w 2007 r. po kontroli w urzędzie miasta Gdyni NIK, powołując się na kilka orzeczeń NSA, zaleca prezydentowi Wojciechowi Szczurkowi, by przy wydawaniu decyzji dotyczących wysokości odszkodowania liczył wysokość odszkodowania na podstawie wartości w dniu wywłaszczenia, a nie w dniu wydania decyzji.
Prezydent Gdyni zaczyna tak liczyć. Jednak wszystkie jego decyzje wkrótce uchyla wojewoda i stosuje do wyliczenia odszkodowania zdanie drugie art. 130 ust. 1, też powołując się na kilka orzeczeń NSA i decyzje ministerstw. Większość spraw miasto przegrywa też w sądach administracyjnych.
Prezydent Gdyni w kwietniu ubiegłego roku wysyła do NIK pismo, że nie jest w stanie dłużej wykonywać zalecanego przez Izbę stosowania art. 130. Zobowiązany z jednej strony zaleceniem NIK, a z drugiej - nagminnym uchylaniem swoich decyzji przez wojewodę, prezydent Gdyni od 2008 do 2010 śle pisma do kancelarii premiera, Ministerstwa Infrastruktury, Ministerstwa Finansów, a nawet prokuratury. Po pierwsze, zwraca uwagę na ogromne obciążenie budżetu, po drugie, na niejasność przepisów. Apeluje o jasną wykładnię art. 130 ust. 1.
- Występujemy w tej sprawie w specyficznej roli, bo to gigantyczne pieniądze skarbu państwa, a nie gminy Gdynia. Mam jednak przekonanie, że sposób naszego liczenia na podstawie zdania pierwszego jest prawidłowy, co poparł raportem NIK. Tak naprawdę powinien to zrobić minister finansów, obserwując, jakie państwo ponosi rocznie koszty. Ale ja nie dostałem stamtąd nawet odpowiedzi. Moim zdaniem rocznie w Polsce mogą to być setki milionów złotych, ale być może taki wydatek ministrowi się nie wyświetla - mówi Wojciech Szczurek
Rzeczywiście, na "wyświetlenie", ile wypłacamy rocznie odszkodowań, minister nie ma szans. - Nie mamy takich dokładnych danych, ale możemy dla pana wyciągnąć wydatki z tytułu art. 130 ust. 1 z lat 2008-09 - mówi Magdalena Kobos, rzecznik ministra finansów.
Według tych danych w 2008 r. skarb państwa wypłacił ponad 25,1 mln zł odszkodowań. Najwyższe z nich - ponad 12,2 mln zł - wypłacono za nieruchomość w Poznaniu. W 2009 r. przeznaczono na odszkodowania blisko 10 mln zł. Ministerstwo Finansów twierdzi, że największe - blisko 1 mln zł - wypłacono wtedy za nieruchomość w Warszawie. To mniej niż za jedną działkę w Gdyni rok później, ale takich danych Ministerstwo Finansów nie miało.
A Ministerstwo Infrastruktury?