W ten sposób zakończono żmudne i wielowątkowe śledztwo prowadzone od kilku lat. Funkcjonariusze ABW zatrzymali cztery osoby z reaktywowanej spółki Giesche już w listopadzie zeszłego roku, a wczoraj akt oskarżenia został przesłany do sądu. - Zebraliśmy olbrzymi materiał dowodowy i nie mamy najmniejszej wątpliwości, jaki był mechanizm i plan działania oskarżonych - mówi Anna Romaniuk, zastępczyni prokuratora okręgowego w Tarnobrzegu.
Żeby zrozumieć ten mechanizm, trzeba cofnąć się do roku 1704, kiedy to cesarz Leopold I nadaje rodowi Giesche prawo monopolu na wydobywanie galmanu na Śląsku. Rodzina bogaci się w zawrotnym tempie, bo zaczyna wydobywać też węgiel kamienny.
Do rodzinnej firmy, która z czasem przyjmuje nazwę Die Bergwerks-Gesellschaft Georg von Giesches Erben należy m.in. huta w Szopienicach, kopalnia węgla Wieczorek, kopalnia rud cynku i ołowiu w Piekarach Śląskich. W Katowicach przy swoich zakładach firma buduje potężne osiedla robotnicze: Giszowiec i Nikiszowiec. To olbrzymi majątek.
Historię firmy poznał Marek N. z Pomorza, któremu kilka lat temu nadarzyła się nie lada okazja. Ryszard Kowalczuk, 80-letni kolekcjoner, zgadza się odsprzedać mu pakiet 172 przedwojennych akcji Giesche. Marek N. razem z radcą prawnym Leszkiem P. sprawdzają: spółka nigdy nie została wykreślona z rejestru, część
nieruchomości została jej odebrana na podstawie dekretu o mieniu poniemieckim, a jeszcze przed wojną ród Giesche sprzedał udziały w spółce Amerykanom. Z taką wiedzą i akcjami Marek N. idzie do sądu i żąda upoważnienia do zwołania walnego zgromadzenia akcjonariuszy spółki. Sąd daje takie prawo. Właściciele akcji podejmują uchwałę o reaktywacji firmy i wpisują ją do Krajowego Rejestru Sądowego. W katowickich sądach zakładają sprawy, które mają umożliwić im zwrot przedwojennego majątku.
Cztery lata temu "Gazeta" ujawniła kulisy reaktywacji spółki. Śledztwo w sprawie zaczęły prowadzić ABW i prokuratura. Pierwsze ustalenia nie wyglądają pomyślnie. Rzeczywiście w 1926 r. amerykańska spółka Silesian-American Corporation (SACO) przejęła kapitał Giesche w polskiej części Górnego Śląska i stała się jej jedynym akcjonariuszem. Kapitał został podzielony na 172 akcje na okaziciela. Kolejne informacje już dla reaktywowanej spółki komplikują sprawę.
Kiedy wybucha wojna, kontrolę nad spółką przejmuje III Rzesza. Po wojnie majątek Giesche jest znacjonalizowany, ale nie oznacza to, że Amerykanie zrezygnowali ze swoich praw. W sprawie odszkodowania negocjacje między stroną polską a amerykańską trwają do 1960 r. Polski rząd zobowiązał się wówczas do spłaty zobowiązań - 40 mln dol. - a amerykański do oddania akcji. Ostemplowane papiery trafiają do Polski, a do 1981 r. spłacono odszkodowanie. I nie byłoby całej sprawy, gdyby nie wyciek akcji z Ministerstwa Finansów. Z zachowanych dokumentów wynika, że właśnie tam akcje miały być zdeponowane. Czy rzeczywiście tak się stało? Stuprocentowej pewności nie ma. Faktem jednak jest, że w 1981 r. pakiet akcji trafił do jednego z warszawskich skupów makulatury. Jeden z pracowników wyniósł je na targ staroci, tam kupił je Kowalczuk, a od niego Marek N.
- Na podstawie złożonych przez reaktywowaną spółkę wniosków wyliczyliśmy, że żądała ona zwrotu mienia wartości 341 mln zł. To majątek obejmujący ok. 30 proc. terenów miasta Katowice w obecnych granicach. Stracić miało nie tylko miasto, ale także skarb państwa, Katowicki Holding Węglowy i Hutniczo-Górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa - wylicza prokurator Romaniuk. W sprawie oskarżono czterech posiadaczy akcji, w tym Marka N. oraz pełnomocnika spółki Leszka P. On sam poinformował nas wczoraj, że obecnie w sądach katowickich prowadzonych jest kilka spraw związanych z uzgodnieniem treści ksiąg wieczystych i stwierdzeniem nieważności decyzji dotyczących nieruchomości spółki. Wszystkim oskarżonym grozi od roku do 10 lat pozbawienia wolności.