O dwa funty więcej będzie musiał zapłacić od 4 kwietnia każdy klient kupujący bilet u Ryanaira. Przewoźnik tłumaczy, że dodatkowe opłaty są nieuniknione ze względu na "nieuczciwe i dyskryminujące" przepisy Unii Europejskiej w kwestii wypłacania odszkodowań w branży lotniczej.
Zgodnie z unijnymi rozporządzeniami w przypadku opóźnienia lub odwołania lotu to linie lotnicze zobowiązane są do wypłaty rekompensaty oraz ponoszą koszty opieki nad pasażerem na lotnisku. W zależności od długości opóźnienia oraz lotu obejmuje ona między innymi ciepły posiłek, prawo do dwóch darmowych rozmów tel. czy zakwaterowanie w hotelu.
Zdaniem Ryanaira przewoźnik nie może brać odpowiedzialności za zmiany w rozkładzie lotów spowodowane wybuchem wulkanu, opadami śniegu czy strajkami kontrolerów lotów. Linie tłumaczą, że tylko w zeszłym roku na odszkodowania z tego tytułu oraz opiekę pasażerów na lotniskach wydały 87,8 mln funtów. Takie koszty muszą zdaniem przewoźnika zostać w części przerzucone na klientów.
Uzasadnienie Ryanaira nie przekonuje jednak wszystkich. Konkurencja, na którą
powołuje się "Daily Mail", mówi wprost o zasłonie dymnej dla zwykłej podwyżki cen biletów.
- Nie rozumiem, dlaczego Ryanair wprowadza tę podwyżkę jako dodatkowe opłaty. Rosnące koszty powinny zostać po prostu uwzględnione w całkowitej cenie biletu. Pasażerowie muszą zawsze i tak sprawdzić ostateczną cenę, jednocześnie wystrzegając się wszelkich "dodatków" - zastanawia się Bob Atkinson z Travelsupermarket.com.
Jego zdaniem branża lotnicza rzeczywiście obawia się konsekwencji wspomnianych unijnych przepisów, z drugiej strony jednak odszkodowań z tego tytułu jest wypłacanych niewiele. Unia Europejska pozostawiła bowiem przewoźnikom furtkę: linie nie są zobowiązane do zapłaty odszkodowań, jeśli udowodnią, że zmiany w lotach były spowodowane "nadzwyczajnymi okolicznościami".