Ameryka od dawna żyje ponad stan. Co do tego, że obecny kurs - systematyczny wzrost wydatków i deficytu rządu - to recepta na finansową katastrofę, panuje dość powszechna zgoda. I na tym zgoda się kończy. Za każdym razem, gdy przychodzi do konkretów, polityczni adwersarze skaczą sobie do gardeł, nie tracąc energii na analizę proponowanych rozwiązań. Tym razem może być inaczej. Zarówno z powodu powagi sytuacji, jak i charakteru przedstawionego programu.
Ryana ścieżka do prosperity
Kompromis osiągnięty w piątek 8 kwietnia w nocy, ratujący przed paraliżem rząd USA, choć oznacza największe cięcia w budżecie w historii Ameryki, to stanowi zaledwie drobny ułamek tego, o co zabiega Paul Ryan, nowa gwiazda Partii Republikańskiej, od stycznia 2011 r. przewodniczący komisji budżetu Izby Reprezentantów (odpowiednik naszego Sejmu). Opublikowany kilka dni temu obszerny dokument jego autorstwa "Ścieżka do prosperity" zakłada:
(obcięcie o 6,2 bln dol. wydatków rządu w ciągu najbliższych dziesięciu lat w porównaniu z projektem prezydenta. Wydatki zeszłyby do poziomu poniżej 20 proc. PKB, podczas gdy w projekcie budżetu prezydenta nigdy nie spadają poniżej 23 proc. 6,2 bln dol. to więcej niż PKB Chin czy Japonii i przeszło dziesięć razy tyle co PKB Polski; (obniżkę sumy deficytów w porównaniu z projektami administracji o 4,4 bln dol.; (uproszczenie systemu podatkowego i ustanowienie najwyższej stopy podatku dla osób prywatnych i firm na poziomie 25 proc.
Ryan obiecuje, że jego reformy - a proponuje ich moc, i co jedna, to bardziej rewolucyjna i kontrowersyjna - zaowocują:
(Obniżką stopy bezrobocia do 4 proc. do 2015 r. i stworzeniem dodatkowych 2,5 mln miejsc pracy w sektorze prywatnym do końca dekady; (Przyśpieszonym wzrostem gospodarczym, który zapewni dodatkowe 1,5 bln dol. PKB; (Dodatkowym 1,1 bln w funduszu płac i średnio o 1 tys. dol. wyższym rocznym dochodem na rodzinę.
Skąd się to wszystko weźmie? Główne źródło tej metamorfozy to przede wszystkim, w słowach Ryana, "wydajny, efektywny i odpowiedzialny rząd". A konkretnie:
(178 mld dol. oszczędności w budżecie Pentagonu, które zidentyfikował sekretarz obrony Robert Gates - 100 mld Ryan proponuje przeznaczyć na inne, ważniejsze cele militarne, a resztę na redukcję deficytu; (Unieważnienie reformy służby zdrowia Obamy, która, jego zdaniem, przełoży się na 800 mld podwyżek rozmaitych podatków; (Eliminacja setek programów rządowych, "które się przeżyły"; (Usunięcie barier dla krajowej produkcji energii (co oznacza głównie wiercenia w poszukiwaniu ropy i gazu); (Zmiana marnotrawnej kultury wydatkowania, która przeżarła Waszyngton.
Raport przypomina, że mniej niż 40 proc. wszystkich wydatków rządu jest co roku przedmiotem dyskusji i sporów Kongresu i prezydenta. To wydatki na transport, energetykę, edukację, pomoc dla zagranicy i finansowanie działalności większości agend rządowych - przeszło połowa tych wydatków przypada na obronę. Ale reszta, czyli ponad 60 proc. budżetu, pozostaje na automatycznym pilocie. Tu niczego się nie dyskutuje. Trzy największe elementy, którymi steruje automatyczny pilot, to Social Security, czyli system rent i emerytur, Medicaid, czyli system opieki zdrowotnej dla najuboższych, i Medicare, czyli system opieki zdrowotnej dla emerytów i rencistów. To właśnie te trzy składniki wydatków rządowych rosną najszybciej, i to one popychają cały system ku bankructwu. Zarówno Medicaid, jak i Medicare kosztują dziś przeszło trzykrotnie więcej niż na początku kadencji Billa Clintona. W sumie w zeszłym roku ponad bilion dolarów - o 60 proc. więcej, niż wyniósł gigantyczny budżet Pentagonu.
Bezpieczeństwo socjalne niebezpieczeństwem dla finansów
Gdy Wielka Depresja uderzyła w społeczeństwo amerykańskie, było ono pozbawione jakiejkolwiek osłony. W sytuacji głodu i desperacji "Nowy Ład" Roosevelta był sposobem mobilizacji narodu i przywrócenia mu wiary w przyszłość. Roboty publiczne dały ludziom pracę, sanacja banków umożliwiła pożyczki na kupno domu i założenie firmy, ale prawdziwym rdzeniem legislacji "Nowego Ładu" było uchwalenie Social Security Act, czyli Aktu Bezpieczeństwa Socjalnego. Miał chronić najsłabszych, ale w praktyce obiecał świadczenia wszystkim, niezależnie od stopnia zamożności. Po drugiej wojnie światowej Kongres rozpoczął lawinową ekspansję świadczeń socjalnych. Z czasem rząd federalny stał się w istocie gigantyczną firmą ubezpieczeniową. Dewastujący wpływ na kondycję finansową tej "firmy ubezpieczeniowej" wywarły przede wszystkim zmiany demograficzne.
W 1935 r., kiedy tworzono Social Security, na każdego emeryta przypadało 42 Amerykanów w wieku produkcyjnym, długość życia wynosiła 60 lat dla mężczyzn i 64 lata dla kobiet. Łatwo zatem było gromadzić środki, aby spełnić obietnice wobec tych, którzy mieli ponad 65 lat. W 1950 r. liczba korzystających z emerytur wynosiła 3,5 miliona osób. Dziś jest ich przeszło 50 milionów. Na jednego emeryta przypada trzech pracujących. W 2040 r., gdyby nie uległ zmianie wiek emerytalny, będzie ich 2,1. Średnia życia wydłużyła się do 78 lat, ale ludzie zaczęli przechodzić coraz wcześniej na emeryturę. Medicaid, program opieki zdrowotnej dla ubogich, w 1966 r., pierwszym roku istnienia, kosztował 400 mln dol., w 2009 r. - już 379 mld. Bez fundamentalnych reform jego koszty za osiem lat sięgną 840 mld. Gdy w 1965 r. tworzono Medicare, system opieki zdrowotnej dla emerytów, prezydent Lyndon Johnson zapewniał, że dodatkowe 500 mln dol. to żaden problem. Czterdzieści lat później program kosztuje blisko tysiąc razy więcej.
Projekt "naprawy Medicaid" i "ratunku dla Medicare", żeby użyć retoryki kongresmena Ryana, ma jedną wspólną cechę. Wymaga jego zdaniem unieważnienia reformy służby zdrowia, trzonu programu Obamy i jego głównego osiągnięcia, i już tylko to gwarantuje ogromny opór Demokratów.
Republikanie przez całe dekady ostrzyli sobie zęby na programy "Nowego Ładu" Roosevelta i późniejsze programy Great Society Lyndona Johnsona. W latach trzydziestych, gdy uchwalano rządowy program emerytur, Henry Ford twierdził, że ceną jaką za nie zapłacą Amerykanie, będzie utrata podstawowych wolności, takich jak prawo do zmiany pracy lub miejsca zamieszkania. Wiele lat później Ronald Reagan, zanim zasiadł w Białym Domu, przywoływał Orwella, ostrzegając, że Wielki Brat zacznie od służby zdrowia i zanim się człowiek połapie, rząd będzie decydował, gdzie twój syn pójdzie do szkoły i co będzie robić, gdy dorośnie.
Część Republikanów wierzy, że najlepszy sposób, aby ograniczyć rolę rządu, to dziura w budżecie, bo im mniej w kasie, tym mniej można wydać. Innymi słowy deficyt budżetowy to sposób, aby "zagłodzić bestię".
Grover Norquist, republikański strateg i podatkowy radykał, mówi otwarcie: "Nie chcę likwidacji rządu. Chcę go tylko ograniczyć do takich rozmiarów, abym mógł go zaciągnąć do łazienki i utopić w wannie". Szkopuł w tym, że programy socjalne stały się niezwykle popularne i ich radykalne cięcia także wielu Republikanów uważa za polityczne samobójstwo.
Rachunek za zmiany wyborcy wystawią już teraz
Wśród szerokiej opinii publicznej najwięcej sympatii zyskają zapewne dwa postulaty Ryana - cięcia podatków, bo kto woli wyższe niż niższe, i coraz bardziej politycznie nośny w sytuacji wysokiego bezrobocia postulat ograniczenia płac w sektorze rządowym. Ryan w swym memoriale podkreśla, że średnia płac w agendach rządu federalnego to dziś 74,3 tys. dol. rocznie, podczas gdy przeciętne zarobki w sektorze prywatnym wynoszą 49,8 tys. dol. Dodaje do tego, że pracownicy sektora rządowego korzystają z dodatkowych świadczeń, takich choćby jak tanie ubezpieczenia zdrowotne i całkiem szczodry system emerytalny. Nie mówi natomiast o tym, że w sektorze prywatnym pracownik ma szanse na akcje swych przedsiębiorstw, choć oczywiście dotyczy to tylko części zatrudnionych. Uproszczenie systemu podatkowego natomiast i eliminacja rozmaitych ulg, zwolnień i przywilejów to temat równie stary, co karkołomny, bo podatki to zajęcie dla armii doradców, którzy starają się obniżyć płatności swych klientów, głównie osób prywatnych, podczas gdy lobbyści, od których roi się w Waszyngtonie, zajmują się głównie tym, jak wpisać w tysiące stron kodu podatkowego preferencje dla potężnych firm i grup zawodowych.
Prawdziwie rewolucyjna propozycja Paula Ryana to wyzwanie dla całej klasy politycznej. Pytanie, czy Barack Obama i Demokraci przedstawią kontrpropozycje, czy ograniczą się do ideologicznych zarzutów - a tych postawić można wiele, bo sam dokument Ryana jest pełen ideologii.
Co usłyszy Ryan od swej własnej partii, zwłaszcza od senatorów? Na ile wsparcia i entuzjazmu może liczyć, zważywszy, że przyjęcie, a nawet rekomendowanie niektórych pomysłów to polityczna mina? Za bezczynność w kwestii fiskalnego zdrowia państwa zapłacą przyszłe generacje. Za odważne i bezkompromisowe działanie na rzecz sanacji systemu zmierzającego ku bankructwu dzisiejsi politycy zapłacić mogą natychmiast. I tu leży największe zagrożenie dla programu ambitnego kongresmena. Dlatego nie wchodzi w rachubę, aby jego "Ścieżka do prosperity" została w pełni przyjęta. Ale bardzo prawdopodobne, że stanie się ważnym elementem debaty o przyszłości.