- Bank jest przedsiębiorcą, profesjonalistą w usługach finansowych. Od takiego profesjonalisty wymaga się wyższej staranności - ganił wczoraj bank sędzia Karol Ike-Duninowski.
Sprawę Bernadety i Eligiusza Galów opisaliśmy jesienią 2009 r., gdy zaczynał się proces. W lipcu 2008 r. wzięli w DomBanku (dziś Getin Banku) kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich na 40 lat. Dostali 242 tys. franków, czyli wypłacono im w złotówkach 468 tys. Chcieli sprzedać swoje stare mieszkanie, kupić dwa inne (w tym samym bloku, lecz wyżej) i połączyć je. Dogadali się z sąsiadami.
Aby transakcja się powiodła, był warunek: już po wypłaceniu kredytu bank musiał się zgodzić na przeniesienie hipoteki z jednego
mieszkania na inne. Galowie mówią, że pośrednik, z którym załatwiali formalności, zapewnił, że nie będzie problemu.
Ale gdy poprosili o zamianę hipoteki, bank zażądał spłaty znacznej części kredytu (ponad 300 tys. zł) po niekorzystnym dla klientów kursie franka. Gdy brali kredyt, frank (kurs kupna) kosztował 1,9 zł. Rozliczenia do ewentualnej spłaty to kurs 2,1. Mimo kilkumiesięcznej korespondencji nie doszło do porozumienia.
Galowie znaleźli się w patowej sytuacji. Starego mieszkania nie mogą sprzedać, bo bank siedzi na hipotece. Nie mogą też kupić nowego, bo bank nie chce przenieść hipoteki. Skierowali sprawę do łódzkiego sądu okręgowego, bo chcieli unieważnienia umowy kredytowej. Uważają, że zostali oszukani nie tylko w sprawie przeniesienia hipoteki. - Okazało się też, że w umowie bank zaniżył całkowity koszt kredytu - mówił Eligiusz Gala. - Źle obliczono też rzeczywistą roczną stopę oprocentowania.
Galowie uważają, że rozbieżności wzięły się m.in. stąd, iż bank nie doliczył do kredytu i oprocentowania spreadu walutowego (różnicy pomiędzy kursem kupna i sprzedaży).
Ich zarzuty w sądzie potwierdził biegły z dziedziny bankowości. - Pozwany nie ujął różnic walutowych ani w kapitale, ani w oprocentowaniu - mówił. - Takie działanie było błędne. Jeśli klient ma ponieść koszty różnicy w zakupie i sprzedaży walut, to musi o tym wiedzieć. Dlatego spread powinien być brany pod uwagę przy obliczaniu całkowitego kosztu kredytu.
Pozwany bank nie zgadzał się z zarzutami klientów i nie chciał unieważnienia umowy. Tłumaczył, że kredyt udzielony Galom nie podlegał przepisom ustawy o kredycie konsumenckim (jak np. kredyty gotówkowe), dlatego bank nie musiał podawać CKK i RRSO. - Zgoda - stwierdził sędzia. - Ale skoro już wprowadził je do umowy, to powinien podać prawdziwe wartości. A opinia biegłego wskazuje, że zostały zaniżone. Gdyby Galowie znali prawdziwy koszt kredytu, może nie podpisaliby umowy.
Z wyliczeń biegłego, które przytoczył sędzia, wynika, że bank nie wliczył wszystkich wydatków, jakie musieli ponieść kredytobiorcy. Zaniżył koszt kredytu o ponad 61 tys. zł (to 8,5 proc. całej kwoty), a rzeczywistą roczną stopę oprocentowania - o 0,2 proc.
- I to bez brania pod uwagę różnić kursowych - podkreślał sędzia. - Gdyby je uwzględnić, to CKK byłby zaniżony jeszcze o kolejne 50 tys. zł.
Wyrok nie jest prawomocny. Podczas jego ogłoszenia nie było ani pełnomocnika klientów, ani prawnika banku. Gdyby się uprawomocnił, Galowie musieliby oddać kredyt, a bank - pobrane do tej pory raty.
Galowie jeszcze nie wiedzą, czy będą się odwoływać od wyroku, ponieważ w swoim pozwie domagali się także odszkodowania i zadośćuczynienia, a na to sąd okręgowy się zgodził.
Wczoraj sprawy nie chciał też komentować rzecznik prasowy Getin Banku (obecny właściciel DomBanku) Wojciech Sury. - Po analizie orzeczenia sądu podejmiemy decyzję co do dalszych kroków - powiedział tylko "Gazecie".