Tomasz Grynkiewicz: W Ameryce puls branży internetowej bije w Dolinie Krzemowej. A w Polsce... Krzysztof Kowalczyk, partner funduszu HardGamma Ventures: W piwnicy.
??? - To, co powiem, dla niektórych polskich startupów będzie być może niesprawiedliwe. Niestety, nie dla zbyt wielu. Jeśli porównamy naszą branżę internetową do tego, co dzieje się w Kalifornii, wyraźnie widoczna stanie się pewna podstawowa różnica...
Podstawowa to chyba taka, że te z nalepką "made in USA" są zwyczajnie lepsze? - Właśnie taka teza dopiero byłaby niesprawiedliwa. Często postrzegamy amerykańskie startupy przez pryzmat tych, które z garażowej spółki wyrosły na duży, międzynarodowy serwis. Jak
Facebook, Twitter, Zynga czy Foursquare. Nie dostrzegając zupełnie setek czy tysięcy podobnych serwisów, którym nie wyszło. A przecież to też amerykańskie "produkcje". W dodatku takie, które mają wsparcie i finansowe, i merytoryczne, o którym w Polsce możemy pomarzyć
OK. Czyli podstawowa różnica... - Nam najzwyczajniej w świecie brakuje otwartości. W Polsce ktoś, kto ma pomysł na biznes w sieci, najchętniej by się z nim schował w ciemnej piwnicy. Tam coś skonstruuje, stworzy prototyp, wersję testową serwisu czy usługi i przejdzie z prezentacją po funduszach inwestycyjnych, z reguły skończy na jednym, dwóch spotkaniach. Z każdym potencjalnym inwestorem z osobna podpisze klauzule poufności, a o projekcie będzie cicho, bo wszystko jest obwarowane paragrafami.
Tymczasem w Dolinie Krzemowej młodym przedsiębiorcom wręcz zależy na tym, by wieść o tym, co robią, szybko się rozniosła. Liczą na rozgłos, nawet jeśli nie mają gotowego serwisu.
Brzmi ryzykownie. Opowiadasz o pomyśle być może wartym miliony dolarów, a tymczasem ktoś inny go podkradnie i sam zrealizuje. - To jeden punkt widzenia. Drugi jest taki, że w 99 proc. przypadków błędne jest założenie, że mamy rzeczywiście unikatowy, niepowtarzalny pomysł na biznes. Jeśli chodzi o duży rynek, jakim są USA, to spokojnie możemy przyjąć, że dowolny pomysł ma już równolegle na warsztacie pięć, sześć czy więcej dobrych zespołów. Wówczas przewaga wczesnej prezentacji jest oczywista - inwestor kupi twój pomysł, nie konkurencji. I wyłoży pieniądze na szybkie zbudowanie choćby wstępnej wersji serwisu. A nawet jeśli nie pozyskasz inwestorów od razu, to gdy przyjdzie czas lub moda na tego typu usługi, twoja firma będzie dla nich pierwszym skojarzeniem. Po drugie: jeśli serwis, nawet we wczesnej fazie, szybko udostępnisz publicznie, to jako pierwszy zaczniesz zbierać użytkowników. Jeśli zaczną z tego korzystać, a jeszcze lepiej - za korzystanie z niego płacić, dla inwestora sygnał jest klarowny - w tym tkwi potencjał.
A jeśli pomysł nie chwyci? - A jeśli nie chwyci, to nikt się kurczowo nie będzie trzymał swojej koncepcji, uważając ją za jedyną słuszną. W Dolinie Krzemowej większość e-biznesów chce bardzo szybko przetestować swój model. Pomysł zaskoczy - super. Nie chwyci - nikt nie traci czasu, nie trzyma się kurczowo tego, co wymyślił. I albo zastanawia się, co i jak zmienić, albo zabiera się do czegoś zupełnie innego. Żadna filozofia, czysto pragmatyczne podejście. Tymczasem w Polsce wciąż spotyka się ludzi, którzy nie wyciągają wniosków z tego, że przez rok czy dwa nie mogą znaleźć inwestora. I nie widzą w tym żadnej winy po swojej stronie. Po konkursach na najlepsze startupy jest wielu takich, którzy w mediach społecznościowych komentują: jury się na nich nie poznało, nie zrozumiało idei. Jakąkolwiek sugestię, by coś zmienić np. w modelu biznesowym, traktują jak krytykę lub złośliwe czepianie się.
A na to nakłada się problem z akceptacją porażki, powszechny zresztą w Europie w odróżnieniu od USA.
Nie zna biznesu, kto choć raz nie zbankrutował? - W Polsce, nie tylko w branży technologicznej czy internetowej, pokutuje zwyczaj: jeśli komuś w biznesie powinęła się noga, z miejsca przystawia mu się stempel dyskwalifikujący. A w USA nie ma nic złego w tym, że ktoś założył nawet pięć startupów, z których nic nie wyszło. Nie ma, dopóki widać, że próbował i nie popełniał podstawowych błędów. I inwestorzy też są na te porażki gotowi. Nie robią tragedii, bo startup nie wypalił. Jeśli widzą, że to był dobry zespół, to wręcz starają się sami znaleźć dla niego nowy pomysł. Dlaczego? Bo już tych ludzi przetestowali. U nas jest za to wielki szum: "nie udało się" i tej ekipie trudno cokolwiek innego zrobić, zwłaszcza jeśli trafią do inwestora, który przyszedł z branży finansowej. A tacy inwestorzy to u nas wciąż większość.
Inwestor z branży finansowej = zły inwestor? - Inny. Przede wszystkim nigdy nie był przedsiębiorcą, nie ma też bezpośredniej styczności z branżą internetową, nigdy nie siedział w tym środowisku. Poza tym doświadczenie w branży finansowej oznacza, że taki inwestor ma bardzo restrykcyjne podejście dotyczące klauzul poufności czy dokumentów, które startup ma przygotować. A to odbywa się kosztem tempa negocjacji, a co za tym idzie - wprowadzenia produktu na rynek. Do tego dochodzi jeszcze dość "sztywna" atmosfera - środowisko polskich inwestorów preferuje raczej spotkania pod krawatem w salach giełdowych lub u siebie w biurze. A dlaczego nie w lofcie, gdzie w szortach i trampkach siedzą startupowcy? Bardzo wielu inwestorów z górnej półki, jak Mitch Kapor, Marc Andreessen czy Reid Hoffman, wyrosło z takiego środowiska i to środowisko jest dla nich naturalne. Na wielu nawet nieformalnych spotkaniach nie sposób wręcz odróżnić inwestora od przedsiębiorcy, u nas to zrobisz na pierwszy rzut oka. By jednak Polski w tym względzie nie demonizować, dodajmy, że taki luz panuje właściwie tylko w Kalifornii - Wschodnie Wybrzeże jest pod tym względem bardzo podobne do Europy i Polski. I choć na Manhattanie jest Aleja Krzemowa, a w Londynie Krzemowe Rondo, to równie im daleko do Doliny jak nam.
Amerykańscy inwestorzy to też tytani pracy, niemal non stop online, niemal non stop odpisujący na maile, nawet na urlopach. Nawet jeśli są to maile od kogoś z tak egzotycznego kraju jak Polska.