Kimberly Ellerth miała 23 lata, gdy świeżo po studiach zaczęła w Chicago pracę w dziale marketingu Burlington Industries. Praca uchodziła za atrakcyjną, dawała szansę awansu - firma zatrudniała wówczas 20 tys. osób. Miała fabryki tekstylne także za granicą. Praca Kimberly wiązała się z podróżami. Już podczas pierwszej Ted Slowik, jeden z menedżerów, zaczął jej czynić niedwuznaczne propozycje: - Wiesz Kim, że mogę sprawić, byś szybko awansowała. Ale możesz mieć tu też twarde życie. Wszystko zależy od ciebie.
Innym razem, gdy zatelefonowała do Slowika w sprawie służbowej, powiedział: "Nie mam czasu. No, chyba że mi powiesz, jak jesteś ubrana. Jeśli masz krótką spódniczkę, może znajdę czas".
Zdarzyło się też, że boss dotknął kolana pracownicy. Po 15 miesiącach sama się zwolniła, a w październiku 1994 roku złożyła pozew o odszkodowanie, powołując się na ustawę z 1964 roku o prawach obywatelskich, której siódmy paragraf zakazuje dyskryminacji w miejscu pracy.
Pozwanym nie był Slowik, ale Burlington. Sąd federalny w Chicago wniosek odrzucił, uznając, że zarząd firmy w niczym nie zawinił, gdyż nie może kontrolować tysięcy pracowników. Slowik nie był zresztą bezpośrednim przełożonym pracownicy i nie miał możliwości wpływania na jej karierę. W dodatku nawet jeśli Kimberly Ellerth słowa menedżera odczytała jako szantaż, to groźby nie zostały spełnione. Przed sądem nie wykazała, że była w pracy w jakikolwiek sposób szykanowana, pomijana w awansach lub zmuszana do prac poniżej kwalifikacji. Nie doszło też do próby gwałtu, a Slowik nie złożył poszkodowanej konkretnej oferty: seks w zamian za awans. Zarząd Burlington przeprowadził wewnętrzne śledztwo i nie znalazł powodu do ukarania Slowika.
Wtedy sprawę Ellerth w swoje ręce wziął znany prawnik Ernest Rossiello i w sądzie apelacyjnym wygrał. "Jeśli ktoś, kto dysponuje władzą, stara się to wykorzystać do osiągnięcia satysfakcji seksualnej, firma powinna temu zapobiec" - tłumaczył przed sądem. I sąd podzielił ten pogląd. Od tej pory firmy amerykańskie muszą tworzyć odpowiednie procedury, szkolić pracowników, prowadzić ich monitoring, by uniknąć zarzutów o molestowanie.
Proces był głośny w Stanach Zjednoczonych także dlatego, że w tym samym czasie Paula Jones skarżyła prezydenta Clintona o molestowanie, które według niej miało miejsce w maju 1991, kiedy Clinton był gubernatorem stanu Arkansas, a Jones urzędniczką stanową. W listopadzie 1998 Clinton zawarł z Jones umowę o wycofanie pozwu i zapłacił jej 850 tys. dol.
Odszkodowanie, jakie uzyskała Kimberly Ellerth, było niewielkie, ale precedensowy wyrok otworzył furtkę do kolejnych roszczeń.
Polityka "antymolestacyjna" jest kosztowna dla firm. Wydają setki tysięcy dolarów na szkolenia, wprowadzają też specjalny nadzór. Wszystko po to, by uniknąć kosztownych i kompromitujących procesów.
Coraz droższe fantazje seksualne Na początku maja sąd stanowy w Kansas City zasądził od oddziału szwajcarskiego banku UBS na rzecz 51-letniej Carli Ingraham 10 mln dol. za straty moralne, 350 tys. za molestowanie seksualne i 242 tys. za odwet, jakiego ofiarą padła, gdy odmówiła "adoratorowi", którym był jej zwierzchnik. Molestowanie zaczęło się w styczniu 2003 roku. Zwierzchnik Carli Ingraham, nadzorujący jej operacje finansowe, zaczął robić aluzje do rozmiaru piersi pracownicy, zachwalając przy tym "swoje rozmiary", proponował jej wspólne oglądanie porno, pytał o fantazje seksualne. Gdy Ingraham zaczęła się skarżyć, UBS wszczęła wewnętrzne śledztwo, które zakończyło się w roku 2009 zwolnieniem z pracy... molestowanej. Odszkodowanie wydawałoby się więc całkowicie usprawiedliwione, gdyby nie pewna wątpliwość. Otóż UBS już dawno wprowadził wewnętrzne przepisy "antymolestacyjne", na co wydane zostały setki tysięcy dolarów. Szefowie firmy musieli zdawać sobie sprawę, że zwolnienie pracownicy, która skarży się na "awanse" szefa, może być kosztowne. A jednak zwolnili ją. Jak spekuluje amerykańska prasa, sprawa może mieć drugie dno i wersja Ingraham nie musi być prawdziwa. Ale sąd jej uwierzył, gdyż w sprawach o molestowanie oskarżony jest od początku na słabej pozycji. Nie obowiązuje domniemanie niewinności. Przeciwnie - to on musi udowodnić, że nie jest winny.
Aż 37 mln dol. zażądała w ubiegłym roku od firmy David Jones (sieć sklepów w Australii) i byłego dyrektora wykonawczego firmy Marka McInnesa specjalistka od reklamy Kristy Fraser-Kirk, której dyrektor czynił seksualne aluzje. Gdy zwróciła się do swego bezpośredniego przełożonego, ten tylko wzruszył ramionami. Okolicznością obciążającą jest to, że w David Jones podobne przypadki miały już miejsce. Prawnik Fraser-Kirk udowadniał przed sądem, że winę w tym przypadku ponosi kultura korporacyjna. Mark McInnes nie czekał na zakończenie procesu. W czerwcu 2010 podał się do dymisji, a akcje firmy spadły o 5 proc. McInnes za swoje fantazje zapłacił 4 mln dol. O taką sumę prezes firmy obciął jego odprawę. Na pocieszenie - odszedł z 1,5 mln dol.
Rekordowe odszkodowanie uzyskała w 2006 roku przed Sądem Najwyższym w Nowym Jorku Sayaka Kobayashi, molestowana przez dyrektora wykonawczego Toyota Motor North America Hideakiego Otakę. Historia bliźniaczo podobna do pozostałych. Młoda asystentka Kobayashi napotkała na swej drodze szefa satyra, który zapewne zapomniał, że to, co uchodzi w Japonii, jest - przynajmniej od lat 90. nie do przyjęcia w Ameryce. Zapraszał asystentkę na
obiad, proponował alkohol. Ta, rzecz jasna, odmawiała. Raz objął ją i usiłował przycisnąć, co sąd uznał za przemoc.
Dowodem winy pana Otaki był dialog, jaki prowadził podczas przyjęcia z niejaką Akiko Saigusą, menedżerką Toyoty. Rozmawiali o płatkach śniadaniowych.
- Moje ulubione płatki nazywają się Sayaka - żartował CEO amerykańskiej Toyoty. Na drugim miejscu są Kellogg's Corn Flakes, a ty, Akiko, w ogóle nie jesteś na mojej liście.
Ten żart (plus objęcie w talii pracownicy) kosztował Otakę 10 mln dol. Toyota Motor North America, która nie zapewniła bezpieczeństwa nagabywanym przez satyrów pracownicom, zapłaciła aż 150 mln dol. Sąd w uzasadnieniu wziął pod uwagę kondycję finansową firmy. Zapłaciła tak dużo, ponieważ stać ją na to.
Chytry dwa razy traci W sierpniu 2010 r. zrezygnował ze stanowiska prezesa i dyrektora wykonawczego giganta komputerowego Hewlett-Packard Mark Hurd. Akcje korporacji natychmiast spadły o 10 proc.
Zaczęło się od tego, że Jodie Fisher zatrudniona przez
HP jako doradca ds. marketingu, przysłała list oskarżający Hurda o molestowanie. Wewnętrzne śledztwo pokazało nieco inne okoliczności. 53-letni żonaty i dzieciaty Hurd miał prawdopodobnie z nią romans. W każdym razie wielokrotnie spotykali się prywatnie. Coś musiało między nimi się popsuć, więc wystąpiła z oskarżeniem. Posiadanie kochanki nie jest przestępstwem ani nawet złamaniem kodeksu etycznego firmy. Tyle że Hurd, spotykając się w hotelach i restauracjach, korzystał ze służbowej karty płatniczej. Miał do tego prawo, ale w raportach wpisywał, że płacił za obiad ze swoim ochroniarzem, a to już było fałszowanie dokumentów służbowych. Podliczono go na 20 tys. dol. Dla zwykłego zjadacza chleba to suma duża, ale nie dla prezesa, który odszedł z odprawą 12 mln dol. i akcjami firmy wartymi 16 mln. Najwyraźniej Hurd tak przyzwyczaił się do przywilejów, jakimi cieszył się na swym stanowisku, że stracił rozsądek. Gdyby płacił za kochankę z własnej kieszeni, być może miałby kłopoty w domu, ale posadę by zachował.
Molestowanie jako reklama Dla większości menedżerów oskarżenie o seksualne molestowanie pracownika lub pracownicy jest zwykle początkiem końca kariery biznesowej. Ale nie dla Dova Charneya, założyciela i szefa firmy American Apparel. Urodzony w 1969 roku w Montrealu Charney był od dzieciństwa zafascynowany amerykańską kulturą i biznesem. Będąc dzieckiem, sprzedawał wodę deszczową w słoikach od majonezu.
Nie ukończył studiów. Przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i zaczął produkować T-shirty. Stopniowo budował markę, rozszerzał ofertę, tworząc serie produktów: dżinsy, perfumy, okulary, bielizna. Otworzył sieć sklepów. Znakiem wyróżniającym był seks. Charney sam był współautorem kampanii reklamowych, często nagradzanych przez branżowe pisma i organizacje. Na billboardach umieszczał zdjęcia dziewczyn, w tym własnych pracownic, w prowokacyjnych pozach. - Lubisz chodzić po domu w samej bieliźnie? - pyta dziewczyna z billboardu American Apparel.
Charney jakby prosił się o proces o molestowanie. I rzeczywiście miał kilka procesów, które traktował jako element kampanii reklamowej. Wszystkie wygrał, choć zapewne prywatne ugody ze skarżącymi kobietami kosztowały go kilka milionów dolarów. Cóż to jest dla firmy, której obroty wynoszą dziś kilkaset milionów rocznie.
Przed kilku laty Charney miał proces, z Woodym Allenem, którego tłem było molestowanie seksualne. American Apparel zamieściła na billboardach reklamy, których głównym elementem było zdjęcie Allena z filmu "Annie Hall" w stroju ortodoksyjnego Żyda. Charney tłumaczył, że był to żart z oskarżeń o molestowanie seksualne. Allen podobnie jak on wielokrotnie spotykał się z takimi oskarżeniami. Aktor tym razem nie wykazał się poczuciem humoru. Wniósł sprawę o łamanie praw aktorskich i wygrał 10 mln dol.
Sześć miesięcy w areszcie Zupełnie nie do śmiechu było pracownikom Frito Lay z podwarszawskiego Grodziska, którzy zostali oskarżeni o molestowanie przez kilka pracownic. Frito Lay należy do międzynarodowej korporacji PepsiCo, więc proces był relacjonowany także przez media zagraniczne.
Sprawa toczyła się od sierpnia 2005 r. Głównym oskarżonym był kierownik zmiany Wojciech O., któremu zarzucono molestowanie trzech pracownic i naruszenie praw pracowniczych ośmiu kobiet. Od stycznia 2005 r. przez sześć miesięcy przebywał w areszcie, wyszedł po wpłaceniu kaucji. Kierownika personalnego Grzegorza M. oskarżono o naruszanie praw pracowniczych. Zawiadomienie do kierownictwa firmy i prokuratury złożyła na początku stycznia 2005 r. zakładowa "Solidarność". Trzy kobiety twierdziły, że były molestowane przez kierownika zmiany, a pięć to poświadczyło. Kobiety utrzymywały, że zostały zwolnione z pracy, gdy nagłośniły skandal.
Sprawa była głośna. Środowiska feministyczne z góry wydały wyrok na "molestowaczy". Część mediów również wzięła stronę kobiet. Ale podczas procesu zaczęły wychodzić niespójności w zeznaniach świadków. Podawały fakty, których nie mogły widzieć, opisywały przypadki molestowania w dniach, gdy oskarżeni nie byli w fabryce. W 2008 roku sąd uniewinnił kierownika i personalnego. Wyrok nie był jednogłośny. Za uniewinnieniem głosowali niezawodowi ławnicy, którzy przegłosowali sędziego. Wszyscy byli mężczyznami, co w Stanach Zjednoczonych z pewnością stałoby się podstawą do podważenia wyroku.