Wczorajsze spadki to efekt kumulacji złych informacji ze strefy euro w weekend. Przygrywką do nich była piątkowa decyzja agencji ratingowej Fitch, która obniżyła ocenę wiarygodności Grecji do poziomu B+. To właściwie ostrzeżenie dla inwestorów, że greckie
obligacje są mocno ryzykowne. Wzmogło to krążące na rynku opinie, że Grecja nie radzi sobie z obsługą zadłużenia i będzie musiała zmienić warunki spłaty. A to może oznaczać, że instytucje finansowe (m.in. europejskie banki), które kupowały grecki dług, mogą stracić część zainwestowanych pieniędzy.
Po Atenach przyszła kolej na Rzym - w sobotę agencja S&P obniżyła perspektywę ratingu Włoch do negatywnej. Powód? Brak widoków na przyspieszenie wzrostu gospodarczego i ograniczenie ogromnego zadłużenia. Nie pomógł nawet przeciek, że włoski rząd przyspiesza pracę nad dekretem, który zetnie deficyt do 35-40 mld dol.
Niedziela zaś należała do Hiszpanów. W regionalnych wyborach zwyciężyła opozycyjna prawicowa Partia Ludowa. Wiadomość, która w normalnej sytuacji nawet nie trafiłaby do serwisów ekonomicznych, była w centrum uwagi. Inwestorzy uznali, że partia José Zapatero za cenę utrzymania się przy władzy zrezygnuje z trudnych społecznie reform, które mają uzdrowić hiszpańskie finanse. Na nic się zdały zapewnienia rządu, który chce dokończyć podjęte reformy.
W poniedziałek zrobiło się czerwono na rynkach. Sprzedawano euro, kupowano dolary i franki. Euro było najsłabsze od dwóch miesięcy (1,39 dol.). Dostało się złotemu: frank kosztował 3,20 zł, euro - 3,95 zł, dolar - 2,82 zł.
Czy to nowa odsłona kryzysu? - Problemy na rynku finansowym nie będą miały wpływu na gospodarkę realną - przypuszcza Rafał Benecki, ekonomista ING. - Na świecie tańsze euro może pomóc naszej gospodarce, bo zwiększy atrakcyjność i sprzedaż niemieckich towarów za granicą. A Niemcy są naszym największym partnerem handlowym - dodaje. Ale problemy nas nie ominą: - Druga połowa roku będzie słabsza, ale niekoniecznie z powodu Grecji. Wchodzimy w kolejną fazę cyklu produkcji przemysłowej. Firmy uzupełniły zapasy i wielkość produkcji spada. Pytanie, czy nie przerodzi się to w spowolnienie.
Gorzej sytuację ocenia Alfred Adamiec z domu maklerskiego Alfa: - Inwestorzy widzą, że mimo programów stymulacji gospodarki nie udało się zagwarantować światowego wzrostu gospodarczego. Mamy skrócenie cyklu koniunkturalnego. Według tego scenariusza jesteśmy już po szczycie.
Zdaniem Adamca kraje na południu Europy muszą dokończyć programy oszczędnościowe, i to mimo protestów społecznych. - Przez najbliższe pół roku czekają nas krew, pot i łzy. Nie ma powrotu do życia ponad stan. Za dwa-trzy lata znów zaczniemy budować dobrobyt. Ale z niższego pułapu - mówi.
- Nie przypuszczam, żeby sytuacja na rynkach przeniosła się do Polski. Inwestorów interesuje atrakcyjność, a u nas cały czas można zarobić - uważa Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową .
Drożejący frank to zmora tysięcy Polaków, którzy mają
kredyty mieszkaniowe. Wzrost kursu winduje ich raty.
Dodatkową bolączką jest doliczany przez banki spread walutowy. Ulżyć kredytobiorcom próbował wicepremier
Waldemar Pawlak, który chciał nawet znieść spready. Na razie bez skutku. Tymczasem na Węgrzech tamtejszy resort gospodarki rozmawia z bankami, by klienci spłacali kredyty, kupując franki 15 proc. poniżej kursu rynkowego. Nie będzie to jednak dotacja. Bank dopisze te 15 proc. do kwoty kredytu. Wynik porozumienia ma być znany w czwartek.