Nadal wygrywa, w czym zresztą rywal z Chorwacji mu dopomaga, popełniając aż 48 niewymuszonych błędów (późniejszy triumfator
Roland Garros miał ich dwa razy mniej).
Pasjonatem tenisa nie jestem, na paryskich kortach znalazłem się nie ze względów sportowych. Ale statystykami na temat pojedynku mogę sypać jak z rękawa: liczba asów serwisowych Ljubicicia: 2; średnia prędkość pierwszego serwisu: 192 km/h. Wiem, ile razy biegał do siatki i ile razy ten wypad zakończył się zdobytym punktem.
Te wyliczenia, w chwilę po zakończeniu meczu, miałem dzięki jednemu z największych gigantów technologii, IBM i jego systemie SlamTracker. Gdy oprowadzająca grupę dziennikarzy Claire Herrenschmidt z IBM, opowiedziała, jak koncern zbiera te dane, osłupiałem.
Nie tylko ja. - Improbabile! - wykrzykiwał włoski dziennikarz. Kilka razy dopytywał, czy na pewno dobrze zrozumiał okraszoną francuskim akcentem angielszczyznę naszej przewodniczki.
Po powrocie z Paryża przeprowadziłem mały test, pytając znajomych: "jak myślicie, jak oni to robią".
- Nooo... czujniki w piłce i pod kortem? - zgadywała znajoma.
- Kamery wychwytują ruch tenisisty i śledzą lot piłki. I mają algorytm, który te dane łączy z tablicą wyników - próbował znajomy.
Nic dziwnego, że w stronę czujników i algorytmów powędrowały ich myśli. Po pierwsze: IBM znana jest z budowania rozwiązań do inteligentnych miast i technologii kosmicznych. Po drugie - w tenisie korzysta się także z innego systemu, zwanego Hawk-Eye (opracowali go Brytyjczycy, IBM używa go w jednym ze swoich rozwiązań). Działa on tak, że odpowiednio zaprogramowana kamera wysyła do komputera obraz kortu. Specjalny program nakłada nań wirtualną siatkę, będącą układem współrzędnych. Dzięki temu komputer może zrobić wizualizację toru lotu piłki i pokazać na telebimie, czy był aut czy nie. Z dokładnością do 3,6 mm.
Jednak na Roland Garros tego systemu nie ma. O tym czy piłka wypadła za pole czy nie, decyduje sędzia na podstawie śladu na ceglanej mączce.
A statystyki?
- Nie ma żadnych czujników. Wszystkie dane zbieramy ręcznie - zakomunikowała nam Herrenschmidt.
Na trybunach, podczas każdego meczu, siedzą dwie osoby od IBM-a, każda ma przed sobą coś w rodzaju konsoli didżeja. Każda obserwuje tylko i wyłącznie swojego zawodnika. As serwisowy Nadala? Osoba obserwująca Hiszpana wciska odpowiedni przycisk. Aut? Inny przycisk. I tak dalej.
Herrenschmidt nie pozwoliła nam obejrzeć z bliska urządzeń, na których zapisywano auty, błędy czy serwisy tenisistów. Nie wiem, czy dlatego, że jednak stoi za nimi jakiś zaawansowany know-how, czy dlatego, że zobaczyła naszą kpiąco-niedowierzającą reakcję. Mimo wszystko, poczułem się ciut lepiej, że w erze, w której tak wiele mówi się o zastępowaniu ludzi przez maszyny, algorytm białkowy (tak żartobliwie określa się udział ludzi np. przy przetwarzaniu głosu na tekst, czy rozpoznawaniu zdjęć), wciąż pełni istotną rolę.