Ostatnie miesiące nie były dobre dla pracowników. Nie dość, że firmy niezwykle niechętnie dawały podwyżki, to jeszcze wszystko, co udało się wynegocjować, od razu zżerała
inflacja. W maju średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw (bez najmniejszych firm, budżetówki i sektora finansowego) wzrosła o 4,1 proc., a inflacja w tym czasie skoczyła do rekordowych 5 proc.
W czerwcu statystyki wyglądały już wyraźnie lepiej. GUS właśnie podał, że przeciętne wynagrodzenie wyniosło 3,6 tys. zł, czyli o 5,8 proc. więcej niż w czerwcu 2010 r. To znaczy, że wzrost płac zrekompensował podwyżki cen - kilka dni temu urząd statystyczny informował, że inflacja wyhamowała do 4,2 proc. Przeciętny pracownik ma jednak z tego niewielką pociechę, gdyż zdaniem ekonomistów tak wysoki wzrost średniej pensji to efekt statystyczny. - W górnictwie wypłacono podwyżki z wyrównaniem za poprzednie miesiące i nagrody - wyjaśniają analitycy Banku Zachodniego WBK.
Ekonomiści uważali, że ten efekt podbije wzrost średniej pensji do 5,4 proc., ekonomiści Banku BPH spodziewali się nawet 7,5 proc. wzrostu.
Dla decyzji Rady Polityki Pieniężnej szybszy wzrost pensji nie będzie miał większego znaczenia. - Po ostatnim spadku inflacji RPP będzie mogła z większym spokojem spoglądać na przyspieszenie dynamiki płac. Temat ewentualnych podwyżek stóp procentowych powróci najwcześniej pod koniec roku - uważa Piotr Kalisz, główny ekonomista CitiHandlowego.
O tym, że nie ma co mówić o gwałtownej poprawie sytuacji na rynku pracy, świadczą też dane o dynamice zatrudnienia. GUS podał bowiem, że w czerwcu w sektorze przedsiębiorstw pracowało 5,53 mln osób. W ciągu miesiąca liczba etatów zwiększyła się o 16,5 tys. osób. A to oznacza, że roczny wzrost zatrudnienia wynosi 3,6 proc.