Witold Gadomski: Wiele rządów europejskich stara się zachęcić chiński kapitał, by zainwestował u nich. Jakie szanse w tym wyścigu ma Polska? Duleep Aluwihare: Bardzo duże.
Dlaczego właśnie my, a nie np. Czechy lub Węgry, które marzą o tym, by stać się bramą wjazdową do Europy dla chińskiego kapitału? - Inwestorzy zagraniczni porównują warunki w różnych krajach i Polska ma teraz swoje "pięć minut". Przed dziesięciu laty Czechy i Węgry były postrzegane jako bardzo konkurencyjne miejsca lokowania inwestycji. Polska była wówczas oceniana niżej, ale w ostatnich latach jej pozycja wzrosła. Utrzymała wzrost gospodarczy w okresie recesji i także teraz PKB rośnie szybciej niż w innych krajach regionu. Ma większy rynek wewnętrzny niż Węgry i Czechy, gospodarka jest bardziej stabilna niż węgierska. Chińscy inwestorzy bardzo ostrożnie przyglądają się węgierskiej polityce gospodarczej, która nie budzi zaufania. W odróżnieniu od Węgier Polska ma rząd, który prowadzi rynkową politykę gospodarczą. Wyniki wyborów na jesieni wygranych przez centro-prawicową koalicję to potwierdziły. Pokazały, że polskie społeczeństwo pragmatycznie myśli o gospodarce.
Ale w skali globalnej jesteśmy krajem małym. Dla Chin obroty handlowe z Polską są bez znaczenia. Dlaczego mają się nami interesować? - Popatrzmy na to szerzej. Polska to Unia Europejska. Pamiętajmy, że mimo problemów trapiących teraz Europę, wciąż jest to najbardziej zamożny region globu. Nie tylko Chińczycy, ale wszystkie wielkie firmy z krajów spoza Europy chcą, a nawet muszą tu być. A w tym regionie Polska jest jednym z najatrakcyjniejszych kierunków inwestycyjnych. Ma bardzo korzystne położenie geograficzne, konkurencyjną siłę roboczą i duży rynek wewnętrzny.
I Polska może być oczkiem w tej chińskiej sieci? - Może być miejscem, w którym będą działały firmy chińskie powiązane ze swoimi spółkami w innych krajach Europy.
Czyli nie chodzi o to, że Polska będzie miała wyjątkową pozycję w tej „chińskiej sieci”, tylko o to, byśmy nie zostali pominięci? Dobrze to rozumiem? -
Chiny są w trakcie zmiany strategii rozwojowej. Coraz więcej konsumują, ale też coraz więcej inwestują na całym świecie. Mają ogromne zasoby finansowe, które starają się przyciągnąć przywódcy wszystkich krajów. Dla Polski byłoby dobrze, by jak najwięcej tych nadwyżek trafiało właśnie tu.
Polska potrzebuje nie tylko kapitału, ale także technologii, know-how. Otrzymujemy to dzięki inwestycjom z krajów rozwiniętych. Czy chińscy inwestorzy mogą nam to zapewnić? - Patrzmy realistycznie. Nie chodzi o to, by kapitał chiński zastąpił niemiecki, włoski czy amerykański. Przeciwnie, inwestycje zagraniczne chodzą stadami. Chiny w przyszłości staną się jednym z największych inwestorów zagranicznych w skali świata i jeśli Polska nie stanie się najważniejszym miejscem chińskich inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej, utraci także kapitał płynący z krajów rozwiniętych. Jeśli relatywnie duża część ich inwestycji znajdzie się w Polsce, przyciągnie kapitał z innych krajów. Chodzi o to, by nasz kraj stał się miejscem globalnych inwestycji prowadzonych przez międzynarodowe korporacje. Wówczas będzie napływała technologia i know-how.
Złą opinię firmom chińskim zrobił COVEC, który nie wywiązał się z kontraktu budowy odcinka autostrady. Czy to był przypadek, czy wynik złego rozpoznania naszych realiów przez Chińczyków? - Nie znam wszystkich szczegółów tej sprawy, ale mam wrażenie, że chodzi jednak o to drugie. Musimy pamiętać, że chińskie firmy, nawet te potężne, mają niewielkie doświadczenie w poruszaniu się po rynkach międzynarodowych. W rezultacie wpadki będą im się zdarzały częściej niż innym. W materii ekspansji międzynarodowej są przecież jakieś 20 lat za firmami koreańskimi i 40 za japońskimi. Jeśli problem COVEC-u nie zostanie rozwiązany w kreatywny i w miarę łagodny sposób, może stać się powodem, dla którego Chińczycy nie będą chcieli inwestować w Polsce. Obawiam się, że jeśli politycy nie rozwiążą mądrze tej sprawy, może się ona skończyć wieloletnim sporem, który będzie fatalnym sygnałem dla potencjalnych inwestorów. Jak pamiętny spór skarbu państwa z Eureko.
Urząd Zamówień Publicznych zaproponował właśnie, by firmy chińskie w ogóle nie mogły startować w przetargach publicznych, jeśli Chińczycy nie dopuszczą na swój rynek firm polskich. To dobry pomysł? - Nie. Zazwyczaj w biznesie zasada wzajemności działa bardzo dobrze. Jednak ludzie pragmatyczni potrafią wyważyć korzyści i koszty odpłacania drugiej stronie pięknym za nadobne. Pamiętajmy, że decyzje polityczne w relacjach z Chinami mają głębokie konsekwencji ekonomiczne. Postawienie takiego warunku Chińczykom moim zdaniem może nie przysporzyć Polsce korzyści.
Na razie Chiny kupują znane zagraniczne marki. Kupiły Volvo, część IBM. Czy są w stanie zbudować własne marki, znane na całym świecie? - To skomplikowany proces. Samsungowi zajął kilkadziesiąt lat. Na razie cele chińskie są bardziej ograniczone.
Kto i na jakim szczeblu podejmuje w Chinach decyzje o zagranicznych inwestycjach? - Według naszych obserwacji kraj jest kierowany centralnie i wiele decyzji gospodarczych ma podłoże polityczne. Ale to nie znaczy, że o tym, co robią przedsiębiorstwa, decyduje wyłącznie biuro polityczne.