Biznes Ludzie Pieniądze

Panie Halina i Agnieszka idą na emeryturę, czyli reforma w praktyce

Marek Borowski
20.02.2012 , aktualizacja: 19.02.2012 17:36
A A A Drukuj
Mówiąc o konieczności podwyższenia wieku emerytalnego, trzeba używać precyzyjnych, uzasadnionych i zrozumiałych argumentów. Inaczej nieufna opinia publiczna utwierdzi się w przekonaniu, że cała ta reforma to uleganie obcym modom albo spisek, by wyciągnąć ludziom pieniądze z kieszeni - pisze
Marek Borowski
Marek Borowski
Na zdrowy rozum wszystko jest jasne: żyjemy coraz dłużej, powinniśmy więc dłużej pracować. Statystyka nie kłamie. W 1995 r. mężczyzna żył przeciętnie 67,5 roku, a jeśli dożył 60. roku życia, mógł liczyć, że dożyje prawie 76 lat. Niewiele później, bo po 15 latach, w 2010 r., życie przeciętnego mężczyzny trwało już 72 lata, 60-latek żył jeszcze przeciętnie do 78,5 roku, a 65-latek - do 80 lat. Kobiety 15 lat temu żyły przeciętnie 76,5 roku, obecnie 80,5 roku. Kobiety 60-letnie w 1995 r. miały przed sobą przeciętnie jeszcze 20,5 roku życia, a w 2010 r. okres ten przedłużył się do 23,5 roku. Można przypuszczać, że w latach 2030-40 granice te przesuną się jeszcze bardziej.

Z jednej strony powinniśmy się cieszyć - nawet ci, którzy narzekają na pieskie życie, wolą żyć dłużej niż krócej. Z drugiej jednak strony zadajemy sobie naturalne w tej sytuacji pytanie: czy będziemy mieli za co żyć kilka lat dłużej, tym bardziej że w 2050 r. liczba chętnych do pobierania emerytury wzrośnie dwukrotnie, a liczba tych, którzy będą wypracowywać pieniądze na te emerytury, nawet lekko zmaleje.

Mimo tych oczywistych faktów społeczeństwo wyraźnie nie sympatyzuje z ideą podniesienia wieku emerytalnego (zwłaszcza dla kobiet). Dzieje się tak dlatego, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, iż w wyniku reformy emerytalnej z 1999 r. emerytury będą naliczane zupełnie inaczej niż dotychczas, czyli będą zależały od naliczonych składek. Mówiąc wprost - będą znacznie niższe.

Fakty te lekceważy także opozycja, populistycznie i nieodpowiedzialnie domagając się referendum.

Liczby mówią same za siebie

Powiedzmy, że niczego nie zmieniamy i w styczniu 2012 r. 25-letnia pani Halina rozpoczyna pracę i przechodzi na emeryturę w wieku 60 lat, czyli w roku 2047. Załóżmy, że przez cały ten okres jej wynagrodzenie równe jest 4 tys. zł, czyli średniej krajowej (a więc niemałe) i rośnie co roku realnie o 2 proc. (dla uproszczenia zakładamy, że inflacja wynosi 0 proc.).

W tym samym tempie 2 proc. waloryzowane są jej składki naliczane przez ZUS. Po 35 latach pracy jej emerytura wyniesie ok. 30 proc. jej ostatniego wynagrodzenia. To prawie dwa razy mniej niż obecnie. Gdyby obecnie stopa zastąpienia wynosiła 30 proc. (a w rzeczywistości wynosi 56 proc.), to przechodzący dziś na emeryturę pracownik zarabiający przez 35 lat przeciętną krajową musiałby zadowolić się emeryturą w wysokości ok. 1080 zł!

W dramatycznej sytuacji znalazłyby się wszystkie panie zarabiające poniżej średniej krajowej. Emerytury ponad połowy z nich spadłyby poniżej dzisiejszej emerytury minimalnej (728 zł). Leszek Kostrzewski i Piotr Miączyński w "Gazecie" z 9 lutego napisali, że "w niektórych przypadkach kobiety dostawać będą zaledwie 30 proc. swojej ostatniej pensji". Niestety, jest gorzej - w większości przypadków będzie to 30 proc. i często dużo mniej.

Wielu rodaków o tym, co napisałem wyżej, wie, albo przeczuwa to, ale obawiam się, że jeszcze więcej nie wie, albo nie chce wiedzieć. Padają pytania: jaki sadysta i po co wymyślił ten system? Niestety, sadystów jest więcej: w Niemczech, Francji, Włoszech, Szwecji i generalnie w całej Europie przychodzi na świat coraz mniej albo za mało dzieci, za to żyjemy coraz dłużej, więc rośnie liczba emerytów. Powstał problem, jak sfinansować ich emerytury.

Nikt nie chce w tym celu podwyższać podatków, bo to obniży wzrost gospodarczy i konkurencyjność kraju. Pozostała zatem tylko jedna możliwość: obniżyć wydatki na emerytury. Tu jednak zarysowały się różnice. W prawie wszystkich krajach Unii poza Polską emerytura jest wyliczana jak kiedyś u nas - jako określony procent od ostatnich zarobków. We wszystkich tych krajach zmniejszenie wydatków na finansowanie emerytur mogło więc przybrać dwie formy: albo po prostu obniżenie emerytur, albo skrócenie czasu ich wypłacania przez podniesienie wieku emerytalnego. Wybrano ten drugi wariant, bo wydawał się bardziej logiczny (żyjemy dłużej, pracujemy dłużej), a poza tym pierwszy wywołałby jeszcze większe protesty.

Polska w obniżaniu wydatków na emerytury poszła inną drogą. My właśnie obniżyliśmy emerytury. Oczywiście nie te, które już są wypłacane, ale te, które będą przyznane w przyszłości.

W 1999 r. przeszliśmy na obliczanie emerytury na podstawie naliczonych składek z całego okresu zatrudnienia i zastosowaliśmy specjalny system ich waloryzowania, który chroni nas przed nadmiernym wydatkowaniem środków budżetowych. Ochroniliśmy zatem budżet, pozostaje natomiast do rozwiązania ochrona pracownika przechodzącego na emeryturę.

Poziom życia się rozjeżdża

Powróćmy do przykładu. System jest tak skonstruowany, że jeśli w roku 2054 r. porównamy emeryturę pani Haliny po 35 latach pracy i 7 latach przebywania na emeryturze z emeryturą naliczoną po 42 latach pracy, to ta druga będzie wyższa aż o 72 proc., podwyższając stopę zastąpienia do ok. 54 proc., czyli prawie do wysokości dzisiejszej. Może ktoś zapytać: jeśli emerytury będą takie same jak dzisiaj, a emerytów znacznie więcej, to gdzie tu ochrona budżetu? Ano w tym, że emerytury te będą wypłacane przez okres krótszy o siedem lat.

To było łatwe pytanie. Następne będzie trudniejsze: Jeśli pani Halina chce przejść na emeryturę w wieku 60 lat i mieć niskie świadczenie, to po co uszczęśliwiać ją na siłę? Najczęściej spotykana odpowiedź to ta, że budżet tego nie wytrzyma. Ale czy na pewno? Przecież przejście na nowy system obliczania emerytur (na podstawie skumulowanych składek) miało właśnie chronić budżet.

Odpowiedź na to pytanie ma charakter kluczowy i wiąże się z wątpliwością, jaką wyraziłem na wstępie. Przeprowadźmy niezbyt skomplikowane obliczenie. Oto równolegle z panią Haliną w tym samym wieku 25 lat pracę podejmuje pani Agnieszka. Te same parametry ekonomiczne (zerowa inflacja, przeciętna płaca, 2-proc. wzrost płacy realnej i analogiczna waloryzacja składek), z tą różnicą, że Agnieszka idzie na emeryturę w wieku 67 lat. Przechodzimy do roku 2047. Pani Halina po 35 latach pracy otrzymuje emeryturę w wysokości 2150 zł (wygląda nieźle, ale to rok 2047 i jest to tylko 30 proc. jej ostatniej płacy, czyli odpowiednik dzisiejszych 1080 zł). Emerytura ta jest co roku waloryzowana tzw. emeryckim wskaźnikiem (przy przyjętych parametrach jest to więcej o 0,7 proc. co roku), czyli w 2054 r. wyniesie 2250 zł (odpowiednik dzisiejszych 1130 zł). Agnieszka jeszcze przez siedem lat pracuje i w 2054 r. otrzymuje emeryturę w wysokości 3870 zł (odpowiednik dzisiejszych 1940 zł), waloryzowaną następnie co roku tak samo, jak emerytura pani Haliny. Tak znacząca różnica, przekładająca się na poziom stopy życiowej, utrzymuje się już do końca życia obu pań, a więc przeciętnie jeszcze przez 15 lat!

Na co nas nie stać

Załóżmy teraz, że obie panie - co wynika z tabel dalszego trwania życia - będą żyły właśnie do 2070 r., czyli 82 lata. A teraz policzmy, na którą z pań ZUS wyda więcej. Oto odpowiedź, dla wielu zapewne zaskakująca: pani Halina, pobierająca emeryturę przez 23 lata, będzie "kosztowała" ZUS 640,6 tys. zł, a pani Agnieszka przez 16 lat - 784,3 tys. zł. Dlaczego? Są dwa powody. Po pierwsze, mechanizm naliczania emerytury: sumę składek (a Agnieszka będzie miała ich więcej) dzieli się przez liczbę miesięcy spodziewanego dalszego trwania życia (Halina w wieku 60 lat będzie miała ich jeszcze 245, a Agnieszka w wieku 67 lat - 186). Po drugie, składki gromadzone w ZUS są wyżej waloryzowane niż już przyznane emerytury. W latach 2047-53 pani Halina będzie pobierała emeryturę, a pani Agnieszka będzie pracowała i ZUS będzie dopisywał jej składki, które w ciągu tych siedmiu lat waloryzowane będą szybciej niż emerytura pani Haliny. Wyższa kwota składek (licznik) podzielona przez mniejszą liczbę miesięcy dalszego życia (mianownik) daje efekt piorunujący: pani Agnieszka będzie pracowała tylko o siedem lat, czyli jedną piątą dłużej niż p.Halina, ale emeryturę dostanie aż o 72 proc. wyższą! Czy prowadzi to do szokującego wniosku, że nie warto podwyższać wieku emerytalnego, bo to powoduje większe obciążenie ZUS-u ? Oczywiście nie, bo te większe wypłaty pokryte zostaną wyższą kwotą nagromadzonych składek (pewnym problemem są tylko ponoszone przez ZUS wyższe koszty waloryzacji składek pani Agnieszki niż już przyznanej emerytury pani Haliny).

Prawdziwy jest natomiast inny wniosek, także nieco szokujący: dzięki nowemu systemowi naliczania emerytur fakt, że pani Halina pójdzie na emeryturę w wieku 60, a nie 67 lat, nie spowoduje sam z siebie negatywnych skutków budżetowych. Negatywne skutki może odczuć jedynie pani Halina w postaci niskiej emerytury, ale chcącemu nie dzieje się krzywda, dlatego ani jej, ani zresztą również mężczyzn nie należy uszczęśliwiać na siłę i podpierać się argumentem, że podatnicy tego nie wytrzymają. Przyjęcie tego faktu do wiadomości otwiera drogę do porozumienia między rządem i konstruktywnymi krytykami projektu rządowego oraz do zmniejszenia obaw społeczeństwa.

Nieprawdziwy byłby jednak wniosek, że budżet państwa jest całkowicie bezpieczny i znika tym samym najważniejszy argument za podwyższaniem wieku emerytalnego. Jeśli tego nie uczynimy, negatywne skutki budżetowe (i społeczne również) wystąpią, ale w innym miejscu i z innego powodu niż te najczęściej przytaczane.

Podziel się

  • 5
  • 1
  • 1
  • 2
  • 1
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Skomentuj:

Zaloguj się. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (129)

  • gw_jest_nedzna

    0

    Pan Marszałek Borowski zapomniał o tym, że Pani, która przejdzie na emeryturę w wieku 60 lat i otrzyma emeryturę w wysokości 30% ostatniego wynagrodzenia i będzie się zapewne kwalifikowała do pobierania świadczeń z pomocy społecznej. Dlatego to nie jest tak, że przechodzenie wcześniejsze na emeryturę jest obojętne dla budżetu. Właśnie po to jest minimalny wiek emerytalny żeby ludzie nie odchodzili za wcześnie, nie dostawali za małych emerytur i żeby po tem nie przychodzili "po prośbie" do swoich współobywateli, czyli pomocy społecznej, po pomoc. Wiek emerytalny ma chronić podatników przed koniecznością wypłaty świadczeń dodatkowych z pomocy społecznej!

  • mazur.krzysztof

    0

    Autor popełnia błąd twierdząc, że podwyżka wieku emerytalnego nie ma wpływu na sytuacje finansów publicznych. Tezę swoją opiera na wyliczeniu pokazującym, że suma emerytur wypłaconych Pani Agnieszce 67-letniej emerytce będzie większa niż suma emerytur wypłaconych Pani Halinie 60-letniej emerytce. Błąd wynika z tego, że Szanowny Autor nie wziął pod uwagę faktu, że nie każda Pani Agnieszka dożyje 67 lat oraz że Pani Agnieszka pracując przez dodatkowe 7 lat zwiększa dochody FUS.

    Podwyżka wieku emerytalnego zmniejszy deficyt FUS ponieważ wydatki będą mniejsze i dochody większe.
    Wydatki emerytalne FUS będą mniejsze ponieważ część osób nie dożyje podwyższonego wieku emerytalnego i nie będzie pobierać emerytur. Kobiet w wieku 67 lat będzie ok. 6,3 procent mniej niż kobiet w wieku 60 lat, a mężczyzn w wieku 67 lat będzie o 5,4 procent mniej niż 65 latków . Taki poziom zmniejszenia wydatków emerytalnych w ujęciu realnym zostanie docelowo osiągnięty za 30 lat.
    Podwyżka wieku emerytalnego zwiększy podaż siły roboczej, kobiet o ok. 18% , a mężczyzn o ok. 4%. Jeżeli równocześnie wzrośnie popyt na pracę, czyli pracujący dłużej sześćdziesięciolatkowie będą mieli zatrudnienie i nie wzrośnie z tego powodu stopa bezrobocia w młodszych generacjach, to można oczekiwać, że wzrosną dochody FUS. Docelowo maksymalny wzrost dochodów FUS z tego tytułu nie przekroczy 10 procent.

    Zainteresowanych problemem reformy emerytalnej odsyłam do: krzysztofmazur.blox.pl/2012/02/Reforma-emerytalna-podsumowanie-wpisow-w-blogu.html

    Na temat innej niż przedstawiona przez Autora koncepcji elastycznego wieku emerytalnego wpis na forum poniżej.

  • pawelekok

    Oceniono 1 raz 1

    A gdyby tak poprawić ściągalność? Zamiast podnosić podatki i składki? Tajemnicą poliszynela jest, że w Polsce istnieje spora szara strefa nie płacąca ani podatków ani składek. Różni szacują ją na od blisko dziesięciu do blisko dwudziestu procent. Ale jest jeszcze strefa półszara, którą sie niesłusznie lekceważy. I chyba większa od tamtej. To strefa oficjalnie zatrudnionych pracowników na pensjach zbliżonych do najniższej krajowej, od której i pracodawca i zatrudnieni odprowadzają składki i płacą podatki, ale jednocześnie pracownicy dostają "pod stołem" pieniądze "na rękę" czasem i kilka razy wyższe, od których ani oni, ani ich pracodawcy nie płacą żadnych składek i podatków. Dzięki tym "uczciwym" pracownikom i pracodawcom, pozostali muszą płacic wyższe podatki i składki. Oni wszyscy są takimi samymi złodziejami okradającymi uczciwych obywateli, jak ci z zupełnie czarnej działalności. I najwyższy czas nazwać złodziei po imieniu. Bo oni tak naprawdę nie okradają "złodziejskiego państwa" jak sami je nazywają i przedstawiają się jak jacyś Janosicy, tylko okradają zwykłych, uczciwych, cięzko pracujących obywateli, dzięki którym to państwo jeszcze jakoś funkcjonuje i istnieje.

  • staryapacz11

    Oceniono 1 raz 1

    Wita,
    Pierwszy artykuł, który wyjaśnia problem. Dziekuję. Ale takie wyjasnienie jest winien społeczeństwu rząd.
    Proszę jednak odpowiedzieć dlaczego w pierwszej kolejności nie likwidujemy przywilejów emerytalnych.
    Wygląda na to, że państwo jest w stanie wyższej konieczności. Jednym głosowaniem [ustawą] chce przedłużyć wiek emerytalny większości, a nie mówi nic o uprzywilejowanych. Emerytura w wieku 65 lat też jest prawem nabytym większości!!!.Dlaczego nie oponuje się przeciw tej niesprawiedliwości?? Władza się boi kilofów.??Polska nie jest krajem sprawiedliwym!!
    Wyjaśnia Pan, ze nic sie nie stanie budżetowi kiedy pracownicy zdecydują o przejściu na emeryturę na obecnych zasadach { to samo min.Rostowski]- ale trzeba dać im to prawo.! Słuszny jest postulat [zgłoszony także przez autora z Bankiera], że przejście przed 67r byłoby możliwe w przypadku gdy budżet by nie dopłacał. Są to jednak warianty o których sie nie mówi, czy się je dyskutuje w Sejmie??. Jest tylko opcja 67?? Liczę na Pański rozsądny głos.pozdrawiam

  • bamberek11

    Oceniono 1 raz 1

    Przez ostatnie kilka lat Polacy są robieni w jajo przez:
    - bankowców (faktyczne oprocentowanie kredytów i kart.)
    - developerów (kupowanie dziury w ziemi)
    - przedstawicieli ubezpieczeniowych od X filaru i polisy na sraczkę
    - fundusze inwestycyjne o ujemnej stopie wzrostów w długim horyzoncie czasowym
    - operatorów telefonii komórkowej (naciąganie na promocje, loterie itp.)
    - sprzedawców filtrów wszelakiej maści, garnków i innych odkurzaczy
    - operatorów telewizji cyfrowych (zawrzeć umowę to i owszem, ale rozwiązać - ho ho...)
    - itd.itp.
    W tym kraju musisz liczyć się z tym, że samo odebranie telefonu może cię kosztować majątek! Generalnie ja odnoszę wrażenie, że prawie każdy chce mnie wydymać! I to w dodatku w majestacie prawa. Zaraz znajdą się mądrale, które powiedzą, że trzeba czytać umowy, że taki jest kapitalizm itp. brednie. A prawda jest taka, że ten kraj zrobił się w ostatnim czasie nieprzyjazny dla zwykłego obywatela i stąd opór społeczeństwa przed tą reformą. Polacy przestali wierzyć politykom, ekonomistom, urzędnikom itp.

    • pawelekok

      Oceniono 1 raz 1

      @bamberek11
      Jako społeczeństwo po komunie byliśmy i jestesmy zupełnie nieprzystosowani do innego ustroju i nowych czasów. Mnie specjalnie nie dziwi, że będąc społeczeństwem naiwnym i bezwolnym jesteśmy dymani na każdym kroku przez cwaniaczków, którzy po prostu korzystają z okazji. Akurat takie zjawisko nie dotyczy tylko nas, ale jest obecne i w innych krajach UE, tylko, że tam obywatele są mniej naiwni (procentowo), policja bardziej przygotowana, prawo bardziej chroni, a przez to i oszustów mniej.

      My jesteśmy społeczeństwem, gdzie wszystko wczesniej było urzędowo regulowane, a jedynie o co musielismy się martwić to przestrzeganie dość prostych przepisów i wykonywanie swojej pracy. Oszustów i wtedy nie brakowało, tylko wszystko było bardziej uproszczone i trzeba było się albo nagłówkować jak kogoś nabrać, albo mieć szczęście i trafić na wyjątkowego idiotę. Idioci zawsze stanowili większość społeczeństw rozwiniętych cywilizacji - bo wygoda życia takich preferuje - w przeciwieństwie do warunków, gdzie każdy musi walczyć o byt, a najmniejsza pomyłka może być tragiczna w skutkach, co eliminuje idiotów.

    • pawelekok

      0

      @pawelekok
      Dodam jeszcze, że część nowych okazji do nabierania naiwnych pojawiła się w międzyczasie, wraz z rozwojem nowych technologii.

  • pawelekok

    Oceniono 1 raz 1

    Tym co mówią o oszczędnościach wydatków, oraz o odebraniu przywilejów uprzywilejowanym kastom powiem jedno: pierwsze to dziś niemożliwe, a drugie nie ma większego wpływu na bankructwo ZUSu. Bo tych drugich jest jednak stosunkowo niewielu wobec ogólnej liczby osób uprawnionych do otrzymywania emerytury. Tak, że zabranie im przywilejów ZUS odciąży niewiele. A ci pierwsi, to ukryte bezrobocie, wszyscy wiedzą, ze oni nie są do niczego potrzebni, ale dzięki temu, że ich zatrudniamy jednak, to bezrobocie w Polsce nie jest dziś 3 razy większe. Taka polityka została przyjęta jakiś czas i kilka rządów temu i cały czas jest kontynuowana. A ci, co chcieli z tym walczyć, wpadli w polityczny niebyt.

    Żeby była jasność. Ja sam jestem za tym, żeby z tymi praktykami skończyć jak najszybciej. Ale zdaję sobie sprawę, że to dziś niemożliwe, bo nie ma w Polsce partii politycznej, która by się na to odważyła, ani nie ma na takie działanie przyzwolenia społecznego. Większość społeczeństwa popiera państwo socjalne i boi się ryzyka. Poza tym, podoba jej się to, że kosztem pracy ponad siły sporej, ale jednak mniejszości, reszta się może opieradalać, wprawdzie za małe pieniądze, ale ci co na nich tyrają dostają niewiele większe.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX