Biznes Ludzie Pieniądze

Yahoo! między młotem Microsoftu a kowadłem Google'a

Tomasz Grynkiewicz
03.08.2009 , aktualizacja: 02.08.2009 21:01
A A A Drukuj
Gigantyczne pieniądze, zawiedzione ambicje, armie lobbystów, zatrute pigułki, krew w kolorze fioletu. I Google. Historia podchodów Microsoftu do Yahoo! wystarczyłaby na kolejny thriller Johna Grishama. Prawdopodobnie bestseller
Yahoo! będzie mogło się wycofać z umowy z Microsoftem, jeśli ten nie osiągnie zapisanej w umowie pozycji na rynku
AP
Yahoo! będzie mogło się wycofać z umowy z Microsoftem, jeśli ten nie osiągnie zapisanej w umowie pozycji na rynku
Największy producent oprogramowania krążył wokół najbardziej znanego portalu świata półtora roku. W szczytowym momencie negocjacji wykładał na stół 47,5 mld dol. Straszył wrogim przejęciem, wysadzeniem z foteli wszystkich członków rady nadzorczej, raz chciał kupić cały portal, innym razem - tylko wyszukiwarkę. W końcu w minioną środę podpisał z Yahoo! umowę o reklamowej współpracy.

Obie spółki otrąbiły ją jako sukces. Czy to sukces Microsoftu, rynek do dziś nie może się zdecydować. Za to w sukces Yahoo! nie uwierzył nikt, po ogłoszeniu umowy kurs spadł o prawie 12 proc. I chyba nie ma się czemu dziwić - choć to pionier wśród portali i jedna z największych marek w internecie, Yahoo! w całej historii odegrało rolę drugoplanową, miotając się między młotem (Microsoft) a kowadłem (Google). Microsoft był zawzięty, by na plecach Yahoo! dorwać w końcu rywala, który w internecie od lat gra mu na nosie. Google - by mu na to nie pozwolić.

44 miliardy? Nie, dziękujemy

Niezobowiązujące rozmowy o współpracy oba koncerny toczyły od lat, ale zawsze kończyło się na nieoficjalnych doniesieniach. Bomba wybucha dopiero 1 lutego 2008 r. "Microsoft chce kupić Yahoo!" - większy wstrząs mogłaby wywołać tylko informacja o próbie przejęcia Google'a lub równie abstrakcyjny zamach na Microsoft.

Microsoft chciał zapłacić za Yahoo! 44,6 mld dol. To o 60 proc. więcej, niż spółka była warta wtedy na giełdzie.

Po tygodniu zarząd Yahoo! komunikuje: "Oferta znacząco nie doszacowuje wartości spółki i nie leży w najlepszym interesie akcjonariuszy".

Microsoft krąży wokół Yahoo! przez dwa miesiące, w końcu nie wytrzymuje i 5 kwietnia prezes Steve Ballmer zapowiada publicznie, że Microsoft nie da ani centa więcej. Yahoo! dostaje trzy tygodnie na zaakceptowanie oferty, a Ballmer ostrzega w liście: "rezerwujemy sobie prawa do przedsięwzięcia wszelkich kroków niezbędnych, aby przekonać akcjonariuszy Yahoo! o wartości oferty". W Yahoo! wiedzieli, co się święci - Microsoft szykował się do tzw. proxy fight, czyli walki o wprowadzenie swoich ludzi do rady nadzorczej i wymuszenie zgody na fuzję. Mówiło się, że na opłacenie prawników wyda nawet 20-30 mln dol.

Odpowiedź Yahoo!: zarząd nie jest przeciwny fuzji, ale Microsoft daje za mało. A "agresywna postawa" koncernu zmniejsza szansę na dobicie targu.

3 maja Ballmer na spotkaniu z Jerrym Yangiem, współzałożycielem i szefem portalu, podbija ofertę o 5 mld dol. Yang bez mrugnięcia okiem: to o 5 mld dol. za mało. Microsoft mówi pas.

Po kilku tygodniach wraca jednak z inną ofertą - według nieoficjalnych informacji chce kupić 16 proc. w Yahoo!, płacąc nawet ok. 20 mld dol., i przejąć wyszukiwarkę.

"Oferta nie leży w najlepszym interesie akcjonariuszy" - odpowiada Yahoo!, które ani myśli pozbywać się wyszukiwarki.

Ballmer z Yangiem spotykają się jeszcze raz - 8 czerwca. Po tym spotkaniu każdy z nich ogłasza: to koniec. A Yang podpisuje umowę z Google'em, co rynek obiera jako policzek dla Ballmera.

Tych, którzy znali Yanga, wynik rozmów nie zdziwił. - Jerry wolałby dać sobie odciąć mały palec u ręki, niż patrzeć, jak Microsoft przejmuje stery w tej spółce - opowiadali w mediach byli współpracownicy szefa Yahoo!

Niechęć Yanga do Microsoftu nie jest zresztą niczym nadzwyczajnym. Microsoftu nigdzie nie witano chlebem i solą. Gdy w połowie lat 90. koncern zastanawiał się nad przejęciem AOL, jeden z pracowników AOL na swoim Jaguarze przyczepił tablicę FG8S ("Fuck Gates" - pieprzyć Gatesa). AOL się upiekło, bo Gatesa w tym czasie bardziej zajmowało wykurzenie z rynku Netscape'a oraz jego przeglądarki i plany przejęcia porzucił.

Yang za swój upór zapłaci w końcu fotelem prezesa.

Zatruta pigułka i flirty z AOL

Gdy oba koncerny przerzucały się listami, w Redmond i Sunnyvale kierownictwo postawiono w stan najwyższej gotowości. Wysocy rangą menedżerowie Microsoftu składają wizytę w Facebooku. Ot, by sprawdzić, jak wschodząca gwiazda internetu zapatrywałaby się na ewentualną ofertę przejęcia, gdyby negocjacje z Yahoo! spełzły na niczym. Przyczółek Microsoft już ma - w 2007 r. za 1,6 proc. udziałów w Facebooku i reklamową współpracę zapłacił prawie ćwierć miliarda dolarów. Do Seattle przylatują szefowie AOL, internetowego ramienia koncernu Time Warner. Temat rozmowy? Fuzja z internetowym oddziałem Microsoftu.

Microsoft bada też grunt w imperium medialnego magnata Ruperta Murdocha - News Corp., do którego należy serwis społecznościowy MySpace. Mógłby pomóc podbić ofertę na Yahoo!

W tym samym czasie Yahoo! flirtuje z Google'em i... AOL. Pojawiają się plany, by najbardziej znany portal internetowy połączyć z AOL - w zamian za 20 proc. udziałów w nowo powstałej spółce Yahoo! miałoby dostać od Time Warnera gotówkę na wykup własnych akcji nawet za kilka miliardów dolarów.

Yang zakłada, że Microsoftowi wrogie przejęcie może się udać, więc decyduje się na pokerową zagrywkę - rozszerza pakiet socjalny wszystkich zatrudnionych na pełen etat. Jeśli pracownik w ciągu dwóch lat od przejęcia spółki przez nowego właściciela zostałby zwolniony bez ważnej przyczyny, może liczyć na spore odprawy (w zależności od stanowiska dostawałby pensję nawet przez dwa lata). W tym czasie obejmowałoby go też ubezpieczenie zdrowotne. Książkowy przykład "trującej pigułki", która ma zniechęcić potencjalnego nabywcę, śrubując koszty przejęcia.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos