Witold Orłowski: Niestety, trafił pan w sedno sprawy. Jeśli sam Pan umyje sobie samochód, zamiast jechać do myjni, bez wątpienia spowoduje pan w ten sposób obniżenie PKB. Zamiast sprzedać panu usługę, która zostanie zarejestrowana przez GUS, doliczona do wielkości produkcji i w ostatecznym rachunku zwiększy polski PKB, pracownik myjni będzie bezczynnie siedział. W tym samym czasie pan będzie biegać z wiaderkiem i szczotką, czego niestety GUS w swoich statystykach w ogóle nie odnotuje. Słowem, pan się namęczy, pracownik wynudzi, a PKB nie wzrośnie. Apeluję więc o poczucie odpowiedzialności za losy kraju i jego gospodarki. Odstając godzinę w kolejce do myjni, powinien pan być z siebie dumny!
Brzmi to trochę nierozsądnie, prawda? Na szczęście mogę pana pocieszyć, że nie jest aż tak źle. To, że pracę wykonał pan samodzielnie, nie oznacza wcale, że kraj jest z tego powodu dużo biedniejszy. Należy bowiem zrozumieć, że PKB to po prostu pewna konwencja pomiaru aktywności gospodarczej.
Stworzył ją nieco ponad pół wieku temu sir Richard Stone (dostał za to zresztą Nagrodę Nobla). Jest to pomiar dość precyzyjny, niosący wiele potrzebnych do analizy informacji, ale wcale nie idealny.
Przyjętym przy pomiarze PKB założeniem jest to, że mierzymy produkcję tylko tych dóbr, które zostały wyprodukowane w celu sprzedaży. Nie oznacza to wcale, że rzecz dotyczy jedynie przedsiębiorstw. Pewna część PKB wytwarzana jest również w gospodarstwach domowych - współtworzyłby ją pan wówczas, gdyby odpłatnie umył samochód sąsiadowi.
Skąd by o tym wiedział GUS? Gospodarstwa domowe nie mają obowiązku informować o wykonywanych odpłatnie pracach, ale ich wartość w skali całej gospodarki szacuje się na podstawie dobrowolnych odpowiedzi udzielonych przez dużą liczbę wylosowanych do badania rodzin.
Proszę też zwrócić uwagę na to, że włączenie tej usługi do rachunku PKB wcale nie zależy od tego, czy zgłosił ją pan do urzędu skarbowego i opłacił odpowiednie podatki. Statystyka ma bowiem obowiązek starać się uchwycić wartość wszystkich towarów i usług, które zostały wytworzone i sprzedane, niezależnie od tego, czy zostały one zgłoszone do opodatkowania. Wyjątkiem są tylko te dobra, których wytwarzanie i obrót jest w ogóle nielegalny. Do PKB nie włącza się więc usługi wyświadczonej przez wysoko wykwalifikowanego kieszonkowca, który za odpowiednim wynagrodzeniem wyciągnął komuś z kieszeni portfel, ani wartości wyprodukowanej w garażu amfetaminy. W Polsce to może margines PKB, ale w Kolumbii rzecz może wyglądać nieco inaczej.
Nie zmienia to faktu, że praca wykonana dla siebie samego, nieodpłatnie, do PKB się nie zalicza. Cóż, taką przyjęto definicję. Jeśli więc ludzie w czasie kryzysu masowo rezygnują z usług fryzjera i strzygą się sami w domu albo nie jeżdżą autem do myjni, PKB spada. Taka definicja może się podobać lub nie, ale ma jakiś sens - w końcu jeśli pański popyt nie trafia na rynek, w gospodarce nie ma ruchu.
Z drugiej strony taka metodologia pomiaru PKB jest krytykowana przez środowiska feministyczne. Twierdzą one, że wartość pracy kobiet świadczonej w domach na rzecz rodziny powinna być wyceniana i dodawana do PKB. Nie słyszałem wprawdzie, aby ktoś w ten sam sposób domagał się wyceniania mycia przez mężczyzn ich ukochanych samochodów, ale wszystko przed nami.
Drugim pytaniem wprowadził mnie pan jednak w pewne zakłopotanie. Muszę bowiem przyznać, że rzeczywiście PKB rośnie nie tylko wskutek wzrostu dochodów i zadowolenia ludzi z życia, ale i z powodu nieszczęść. Inna sprawa, że to, co jest nieszczęściem dla jednego, dla innego może wyglądać nieco lepiej. Ból zęba martwi pacjenta, ale cieszy dentystę.
Rzecz w tym, że obliczając wartość PKB, nie oceniamy tego, czy produkowane i sprzedawane towary i usługi służą ludzkiemu szczęściu, czy zmartwieniom - patrzymy tylko, ile są warte na rynku.
Cóż tam zresztą psychoterapeuta czy dentysta! PKB może rosnąć również z powodu inwestowania w rozwój więzień, działań związanych ze zwalczaniem klęsk żywiołowych, a nawet wojen. W 1941 roku PKB w bombardowanej przez Luftwaffe Wielkiej Brytanii był o 20 wyższy niż w 1939 roku. Ale był wyższy z powodu większej wartości wytworzonych samolotów i armat, a nie dlatego, że ludziom żyło się lepiej.