Biznes Ludzie Pieniądze

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Czy rząd zmieści się w 55 proc. progu długu publicznego?

Rozmawiała Patrycja Maciejewicz
2009-10-11, ostatnia aktualizacja 2009-10-04 20:18

Jeśli nie będzie gwałtownego załamania złotego, kolejnego załamania w gospodarce światowej, to rząd nawet bez zmian ustaw jest w stanie się przeczołgać pod 55-proc. progiem długu publicznego - mówi Andrzej Bratkowski, były wiceprezes NBP

Patrycja Maciejewicz: NBP i agencje ratingowe alarmują, że dług publiczny w przyszłym roku przekroczy próg 55 proc. PKB, a rok później - konstytucyjną granicę 60 proc. Z drugiej strony jesteśmy zieloną wyspą w Europie, z dodatnim wzrostem gospodarczym. Możemy się już cieszyć, że umkniemy temu kryzysowi, czy też nasza skłonność do zadłużania się odbije nam się czkawką w przyszłości?

Andrzej Bratkowski*: Po pierwsze, nie wydaje mi się, byśmy te 55 proc. przekroczyli. Po drugie, nawet jeśli się tak stanie, to świat się nie zawali. Za to rząd będzie musiał dosyć energicznie wziąć się do ograniczania deficytu. To może oznaczać trzęsienie ziemi dla rządu, ale nie dla gospodarki.

Uważam, że zapisy o progach ostrożnościowych w ustawie o finansach publicznych należałoby w przyszłości zmienić. To nie jest dobre rozwiązanie, bo wymusza procykliczną politykę fiskalną. Problemy z długiem mamy, gdy jest spowolnienie gospodarcze, i wtedy dodatkowo musimy ograniczać deficyt. To działa jak betonowa ściana za zakrętem. Jedziemy z zawrotną prędkością, nagle coś się psuje i mamy kłopot z utrzymaniem na drodze, a tu nagle na drodze wyrasta ściana i jest jeszcze gorzej. A gdy jest koniunktura i można by ograniczać wydatki, to hulaj dusza piekła nie ma.

Mądrzejsze są reguły fiskalne, które wymuszają wstrzemięźliwość w latach tłustych. Nie może być tak, że w budżecie planuje się wzrost PKB o 5 proc. i deficyt 3 proc. Nie powinno być wtedy żadnego deficytu. Im większe założenia co do wzrostu, tym mniejszy deficyt. Wtedy nie groziłoby nam, że przekroczymy poziom 55 proc. długu do PKB.

A ta kronika zapowiedzianej śmierci, coraz to nowe prognozy, że granica 55 proc. pęknie, nie zaszkodzi nam?

- Wszyscy wolą złe informacje od dobrych. Jeśli jest ryzyko, że coś się może stać, zaraz się o tym mówi. Na krótką metę działa to osłabiająco na złotego. A słabszy złoty oznacza wyższą inflację, te wyższe wpływy do budżetu - poprawia się więc sytuacja budżetu. Na dziś jest to samounicestwiająca się prognoza - im większe obawy, że deficyt może wzrosnąć, tym słabszy złoty, a im słabszy złoty, tym mniejsza szansa, że tak się stanie. Gdy w ciągu roku okaże się, że ten dług nie rośnie tak szybko, to złoty się umocni i jeszcze bardziej uciekniemy od tej granicy poprzez mniejszy udział zadłużenia zagranicznego.

Dramatycznie robi się, gdy moment przekraczania pułapu 55 proc. PKB przypada na czas zmiany rządu. Wtedy jest ryzyko cynicznej gry na podkładanie bomb. Zostawimy wam coś nieprzyjemnego, i to wy się tym martwcie. U nas nie zapowiada się na radykalną zmianę rządzących, więc oni mają świadomość, że potem będą musieli sobie z tymi problemami radzić. Poza tym po wyborach prezydenckich rząd nie będzie prawdopodobnie miał już tak związanych rąk, jeśli chodzi o oszczędności.

I co wtedy powinien zrobić?

- Przede wszystkim zmienić system emerytalny - tu można poszukać oszczędności m.in. przez podniesienie wieku emerytalnego. To byłoby istotne zarówno na krótką metę, jak i ze względu na długofalowy rozwój kraju. Kolejna sprawa to ograniczenie uprawnień do emerytur mundurowych.

Do wyborów prezydenckich jeszcze rok. Wcześniej nic nie należy robić?

- Jeśli nie będzie gwałtownego załamania złotego, kolejnego załamania w gospodarce światowej, to rząd nawet bez zmian ustaw jest w stanie się pod tym progiem 55 proc. przeczołgać. Tylko limitując wzrost wydatków, by nie rosły szybciej od PKB. W ostateczności można podnieść podatki. Na jakiś czas.

Na przykład obniżoną niedawno składkę rentową?

- Nie. To się dosyć łatwo robi, ale uważam, że nie należy z powrotem zwiększać klina podatkowego, bo to jedna z przyczyn wysokiego bezrobocia strukturalnego, z którym się borykamy. To, że nie mamy już największego bezrobocia w Europie, nie wynika z tego, że u nas jest tak dobrze, ale że u innych się pogorszyło. Bezrobocie powyżej 10 proc. to nie jest coś, nad czym można przejść do porządku dziennego.

Dodatkowych przychodów szukałby w podwyżce VAT. Ekonomicznie lepiej ujednolicać, politycznie łatwiej podnieść stawki.

W apogeum kryzysu osłabianie się złotego wydawało się przekleństwem. Potem okazało się, że to właśnie słabszy złoty nas uratował, dzięki niemu jeszcze mamy wzrost PKB, bo wsparł eksport.

- Na pewno gdyby złoty nie stracił na wartości, to nasza gospodarka nie byłaby dziś na plusie.

To w takim razie jak ma się czuć Słowacja, która wprowadziła euro w samym środku kryzysowej zawieruchy? Jak przegrany? Pechowiec? Bo kiepsko wyszła na sztywnym kursie.

- Zawsze w takiej sytuacji mówię, że to jest tak, jak się komuś włamią do mieszkania i biednemu mało ukradną, bo nic tam nie miał, a bogatemu dużo. Z tego wniosek, że lepiej być biednym.

W tej wyjątkowej sytuacji z euro jest wolniejszy wzrost gospodarczy, natomiast w latach wcześniejszych przysporzyłoby ono dodatkowego wzrostu, w następnych latach podobnie. Na to trzeba spojrzeć w dłuższej perspektywie. Poczekajmy ze dwa lata po kryzysie i sprawdźmy, jaka jest sytuacja krajów, które miały euro, a jaka tych, które miały sztywny kurs, a jak tam gdzie był on płynny.

W ciągu ostatnich miesięcy najbardziej ucierpiały państwa nadbałtyckie, które utrzymywały sztywny kurs, ale myślę, że szybko z powrotem odbiją w górę i za dwa lata, gdy porównamy łączny wzrost PKB np. od 2000 roku, nie wypadną gorzej od nas. A z pewnością nie wypadniemy lepiej niż Słowacja.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Wyborcza.biz w Twoim iPhonie -

pobierz aplikację!

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

3.4

8 głosów