Biznes Ludzie Pieniądze

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Emerytalna niesprawiedliwość. Ten system trzeba zmienić

Janusz A. Majcherek*
2010-02-01, ostatnia aktualizacja 2010-01-31 17:51

Niewielka liczba frajerów pracujących legalnie poza rolnictwem, płacących podatki i składki ZUS utrzymuje rzeszę żyjących spokojnie i wygodnie na ich koszt

Prawie do wszystkich, a przynajmniej do większości Polaków dotarło wreszcie, jak bardzo mamy rozrzutny i rujnujący publiczne finanse system przywilejów emerytalno-rentowych. Można jednak mieć wątpliwości, czy powoływanie się na jego niekorzystne dla budżetu państwa skutki jest wystarczająco przekonującym argumentem na rzecz jego zmiany, bo może zostać przyjęte jako podejście buchalteryjne i nieczułe na względy społeczne. Należy więc głośno i stanowczo podkreślać, że system ten jest nie tylko kosztowny, ale także - czy przede wszystkim - niesprawiedliwy.

Już kilkanaście lat temu stało się jasne, że zafundowaliśmy sobie model zabezpieczeń społecznych kreujący najliczniejszą w Europie rzeszę najmłodszych emerytów i najzdrowszych rencistów. Odpowiedzialność za to spada zarówno na władców PRL, rozdających hojnie przywileje emerytalno-rentowe z powodu niemożności zapewnienia pracującym obywatelom niczego innego, jak i na ekipy rządzące w początkowych latach transformacji, ulegające naiwnemu wyobrażeniu o dobroczynnym wpływie na rynek pracy masowej dezaktywizacji zawodowej, pozwalającej zwalniać miejsca dla równie masowo przybywających wówczas bezrobotnych. Ten, kto mówił i pisał o absurdach i niesprawiedliwości tego systemu, narażał się na obelgi i wyzwiska. W potocznym obiegu, publicystyce, a także wypowiedziach utytułowanych nawet badaczy zjawisk społecznych dominował wtedy pogląd o postępującym ubożeniu społeczeństwa, którego szczególnym przejawem jest dola emerytów i rencistów, nad którą należy się pochylać i użalać. Słów "emeryt" i "rencista" nie wypadało wręcz używać w innym kontekście niż "bieda" i "krzywda", jeżeli nie chciało się narazić na zarzut bezduszności, arogancji i ignorancji. Argument, że przy systematycznie rosnących dochodach realnych społeczeństwa przeciętny dochód rozporządzalny na członka rodziny emeryckiej jest wyższy od tego, jaki mają do dyspozycji rodziny pracujących (jak to wykazywały dane GUS) przyjmowany był z niedowierzaniem i kwestionowany pod byle jakim pretekstem. Wszelkie sugestie poskromienia lawinowo rosnących wydatków na utrzymanie systemu emerytalno-rentowego kwitowane były jako zamiar pogłębienia nędzy lub wręcz eksterminacji osób pozostających na jego utrzymaniu (to wtedy ukuto slogany o zamiarze "eutanazji" emerytów i inne elementy obszernej demagogii socjalnej).

Koniecznie, ale metodycznie

Dziś świadomość kosztowności i związanej z nią szkodliwości systemu przywilejów emerytalno-rentowo-zasiłkowych staje się powszechna, ale nie wystarczy ona do jego zmiany. To, co szkodliwe dla ogółu, jest bowiem korzystne dla poszczególnych, w sumie licznych beneficjentów, a ci - zwłaszcza ludność wiejska - stanowią znaczącą część wyborców. Niechęć do narażania się im paraliżowała kolejne ekipy rządowo-partyjne i krępuje też obecną. Osiągnęliśmy więc stan określony niegdyś we Francji sformułowaniem "reformy są konieczne, ale niemożliwe". Wątpliwe jest, czy uczyni je możliwymi akcentowanie ich konieczności ekonomicznej. Można się obawiać, że ożywi raczej socjalną demagogię ("znów robią oszczędności kosztem emerytów").

Polski rynek pracy i system zabezpieczeń społecznych jest rażąco niesprawiedliwy. Najmniejsza w Europie (relatywnie do liczby ludności) grupa pracujących utrzymuje najliczniejszą rzeszę niepracujących, z których znaczna część jest zdolna do pracy i znajduje się w wieku produkcyjnym. Spośród tych nominalnie pracujących kilka milionów (rolnicy) nie ponosi zaś praktycznie żadnych kosztów (podatkowych i składkowych) utrzymania owych niepracujących, otrzymując nadto niemal za darmo wszystkie usługi publiczne i świadczenia pokrywane z podatków i składek obciążających tę pozostałą niewielką resztę pracujących. Najbardziej rażąca niesprawiedliwość dotyka osoby czynne zawodowo po 55. roku życia, bo stanowią one nikły odsetek pracujących Polaków tej kategorii wiekowej - większość z nich przebywa już na emeryturach i rentach, często zresztą dorabiając gdzieś na boku i na czarno, a czasem też całkiem legalnie i oficjalnie, bo nawet na to pozwala kuriozalny system emerytalno-rentowy.

W rezultacie niewielka liczba pracujących legalnie poza rolnictwem, płacących podatki i składki ZUS frajerów utrzymuje rzeszę żyjących spokojnie i wygodnie na ich koszt. Kosztowność i marnotrawstwo tego systemu nie jest doprawdy jego największym mankamentem i najważniejszym powodem, by go zmienić.

Zmiany te jednak muszą być metodyczne i systematyczne, a nie chaotyczne. Najgorszym i najgłupszym pomysłem jest mechaniczne, urzędowe podniesienie wieku emerytalnego, a więc przedłużenie okresu pracy wymaganego do uzyskania świadczeń, do czego się ostatnio nawołuje i o czym napomyka minister Boni (a w "Gazecie" z 28 grudnia Aleksandra Wiktorow, b. szefowa ZUS). Spowodowałoby to tylko pogłębienie niesprawiedliwości, bowiem przy utrzymywanych nadal licznych uprawnieniach do wcześniejszego przechodzenia na emeryturę oznaczałoby to przedłużenie okresu pracy tym, którzy i tak już pracują najdłużej. Jedynie naprawdę nieliczna grupka najcięższych frajerów (skądinąd wyłącznie mężczyzn) pracowałaby do owego - przykładowo - 67. roku życia.

To, co najważniejsze i najtrudniejsze

Nie da się więc przeprowadzić rzetelnej reformy niesprawiedliwego systemu inaczej, jak zaczynając od likwidacji owych wyjątkowych przywilejów. Najsprawiedliwiej byłoby najpierw dokonać zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, bo jego zróżnicowanie jest najbardziej niedorzeczne i niczym (poza nawykiem i przyzwyczajeniem) nieuzasadnione. Ale kobiety to połowa elektoratu, większość z nich zaś dłużej pracować nie chce i może gniewnie odnieść się do polityków, którzy usiłowaliby to na nich wymusić.

W "Gazecie" próbowano przekonać je do zmian, pokazując, jak niskie będą mieć emerytury, obliczane według długości okresu płacenia składek i czasu pozostałego im średnio do przeżycia. Można jednak wątpić, czy takie pozornie konkretne argumenty finansowe przemówią im do przekonania. W Polsce przyjęło się wszak, że jeśli jakaś grupa społeczno-zawodowa jest niezadowolona z otrzymywanych świadczeń, domaga się zmiany sposobu ich wyliczania i przyznawania. To przecież stąd wzięły się te liczne i rozmaite przywileje emerytalne, z którymi teraz trzeba walczyć i które trzeba skończyć. Gdy za kilka lat kobiety rzeczywiście zorientują się, że otrzymają niskie emerytury, zaczną wywierać presję na zmianę sposobu ich wyliczania. A precedens już jest: górnicy wywalczyli sobie przemnażanie każdego roku ich pracy przez wskaźnik 1,8 sztucznie wydłużający okres zatrudnienia.

Pogłębieniem, a nie osłabieniem niesprawiedliwości byłoby rozpoczęcie likwidacji przywilejów od tych grup, które nie mają odpowiednio silnej pozycji społecznej lub mocnych politycznych protektorów, a więc od najsłabiej bronionych. Rząd kierujący się zasadami sprawiedliwości, a nie tylko finansowej kalkulacji, nie może rozpocząć eliminowania nienależnych i kosztownych przywilejów od tych, które najłatwiej odebrać, lecz powinien od tych, które są najbardziej niesprawiedliwe i nieuzasadnione. Nie da się więc tego uczciwie dokonać bez naruszenia emerytalno-rentowo-zasiłkowego systemu utrzymywania mieszkańców wsi i posiadaczy gruntów rolnych (nazywanie ich rolnikami byłoby w większości przypadków nieadekwatne wobec ich głównych źródeł dochodu, którymi często są właśnie rozmaite świadczenia). Trudność stwarza nie tylko silna i bojowa pozycja PSL, lecz także utrzymywanie się w publicznej debacie takich poglądów na przywileje ludności wiejskiej i rolniczej, jakie jeszcze niedawno panowały wobec emerytów - o jakichś rzekomych szczególnych zasługach lub krzywdach, dla których owe dopłaty, dotacje, renty strukturalne, zwolnienia podatkowe i składkowe oraz inne beneficja miałyby stanowić zadośćuczynienie. Faktyczna (choć dawna) czy rzekoma krzywda i bieda chłopska mają stanowić uzasadnienie grupowych przywilejów, jak niegdyś rzekoma krzywda i bieda emerytów i rencistów.

Oczywiście policjanci odchodzący na emeryturę przed czterdziestym rokiem życia czy górnicy niewiele później stanowią wyzywający i drażniący przykład absurdalnej rozrzutności i rażącej niesprawiedliwości. Pozbawienie ich tych uprawnień będzie trudne, bo to środowiska silne i wpływowe. Czyż jednak premier Tusk nie zapewniał, że zamierza skończyć z sytuacją, w której najwięcej potrafią wydrzeć i utrzymać najsilniejsi i najbardziej agresywni?

Albo więc zmiany będą uczciwe i służące przywróceniu sprawiedliwości, a wtedy muszą się zacząć od przypadków najbardziej niesprawiedliwych i rażących, a zarazem najtrudniejszych, albo będą nakierowane na szukanie łatwych oszczędności, a wtedy mogą panującą obecnie niesprawiedliwość jeszcze pogłębić.

*Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego

Źródło: Gazeta Wyborcza

Już dziś PRACA dla Ciebie -

Internetowe Targi Pracy

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.7

385 głosów

Rynki

Indeksy
WIG20
WIG20