Pięć mitów polskiej biedy. To nie emeryci mają najgorzej
Artur Włodarski
2010-02-08, ostatnia aktualizacja 2010-02-13 10:20
Kto wcześniej zaznał ubóstwa - kryzysu nie odczuł. Już i tak nie miał pracy, aktywów, pasywów i kredytów. Dużo bardziej doskwiera mu zima.
ZOBACZ TAKŻE
- Brytyjczycy coraz bardziej bogaci i biedni (28-01-10, 00:00)
- Komisja Nadzoru Finansowego: uwaga na kredyty konsumpcyjne! (10-02-10, 17:33)
- Bank Światowy: Kryzys zwiększył biedę na świecie (21-01-10, 20:21)
- Polacy biedni, ale nie najbiedniejsi (18-01-10, 18:17)
- Zmowy cenowe uderzają w najbiedniejszych (29-12-09, 18:34)
- Bieda powoli opuszcza Polskę B. Zaskakujące wyniki (29-12-09, 09:59)
- Bieda na europejskiej wsi. Rolnicy zarabiają coraz mniej (08-10-09, 15:55)
Oficjalnie jej nie było, a jednak: ewidentna, malownicza i w samym środku podgrójeckiej wsi. Bieda miała tu twarz Genowefy Czapli. Zgarbiona i zmarszczona, w za dużej chustce i gumowcach (w tych na lato były powycinanie dziury na pięty i palce), nie pasowała do gierkowskiego rozmachu. Wokół obejścia jak się patrzy, a w jej chatce klepisko i słoma na dachu. Żyła w niej bez pośpiechu, wody i prądu, ale schludnie i czysto. Z cywilizacji skorzystała raptem dwa razy: gdy przyszła na telewizję zobaczyć, jak Hermaszewski leci w kosmos, oraz gdy partia zawiozła ją autem na wybory. Zgodnie z ówczesną nomenklaturą Czapla była "osobą o ograniczonej konsumpcji".
Ponad 30 lat później i 30 kilometrów bliżej Warszawy też widzę biedę pośrodku wsi. Ewidentną, lecz nie malowniczą. Tym razem skryła się w murowanej ruinie. Czyją ma twarz? Idę sprawdzić. Speszeni moim najściem pierzchają dwaj goście, a domownicy chowają butelkę. Ich twarze są obrzmiałe od zimna i alkoholu. Z trudem dowiaduję się, że na stałe mieszka tu pani Halina. Pan Bolek dołączył, jak wyszedł z "sanatorium" (więzienia). Ona nie pracuje, on dorywczo. Dzieci? Odebrane. Chyba dobrze, bo wewnątrz ciasno, brudno i mroźno. Widać, że brakuje wszystkiego, począwszy od szyb, wody i ogrzewania. - A czego najbardziej? - Niczego - mówi pani Halina.
- Jak to, a jedzenie? - Dostajemy puszki. - Opał? - Palimy, czym się da. - Ubrania? - Nie zmieniamy. - Leki? - Nie chorujemy. - Jakieś książki, gazety? - A kto by to czytał! - dziwi się kobieta. I powtarza: - Jak Bolek wrócił, to już niczego mi nie brak.
Nie dowierzam. - A macie jakieś marzenia, plany? Zerkają na siebie zmieszani. Pan Bolek zaczyna świdrować mnie wzrokiem: - A co pan taki ciekawy?
1. Najubożsi z wdzięcznością przyjmą każdą pomoc
Tak oto para z podwarszawskiej Baniochy rozprawiła się z pierwszym mitem dotyczącym biednych: łatwo im pomóc. Nie prawda. Najbiedniejsi cenią sobie co innego, niż my. Co? Nim się przekonam, próbuję ustalić, czym różni się bieda PRL-owska od obecnej.
W ustroju sprawiedliwości społecznej rzekomo nie było bezrobotnych i bezdomnych. Nie było więc zasiłków i noclegowni. Ale była bieda. Tylko inna, mniej widoczna.
- Bogactwo i ubóstwo nie kłuły w oczy. Większość z nas byle jak żyła i mieszkała. A jednak nie uważaliśmy się za biednych - mówi prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego. - Dlaczego? Bo powszechność biedy stępiła jej odczuwanie.
Dziś wiadomo - są większe kontrasty. Bardzo bogaci i bardzo biedni. Bogaty jest z grubsza co setny, biedny co dziesiąty. A pomiędzy? - Nad warstwą ubóstwa rozciąga się 20-30-procentowa szara strefa biedy. Czyli ci, którzy żyją na pozór normalnie, a w istocie balansują na granicy - twierdzi profesor. - Wielu ma jakieś tam auto czy nawet kino domowe, ale żadnych oszczędności. Kupują w tanich sklepach, na kulturę nie wydają. Nigdzie się nie udzielają, w tropiki nie jeżdżą, do restauracji nie chodzą. Chyba że na stypę lub wesele.
Słowem, żyją na styk. I wystarczy jakiś wypadek lub choroba, by zaczęło im brakować pieniędzy na opłaty, bilety czy jedzenie (Eurostat ustalił, że niezaplanowany wydatek na kwotę ponad 600 zł przerasta możliwości aż 54 proc. polskich rodzin). A więc przestają płacić rachunki. Albo pożyczają i nie oddają, bo nie mają z czego. W efekcie część osuwa się piętro niżej - w prawdziwą biedę.
No właśnie, co to w praktyce znaczy? - Nie sposób ustalić, od jakiej sumy zaczyna się bieda - mówi prof. Łukowski. - Dlatego tak różne są jej kryteria.
Eurostatu za biedne uznaje już osoby o 60 proc. niższych przychodach od średniej krajowej. Jest ich u nas 17 proc., czyli tyle, ile wynosi średnia unijna, zawyżana przez Łotwę, Rumunię i Bułgarię (odpowiednio 26, 23 i 21 proc.). O jakich kwotach mówimy? W Luksemburgu próg biedy to równowartość aż 6035 zł miesięcznych przychodów. W Niemczech - 3522 zł, zaś w Polsce - 688 zł.
Nasze władze stosują ostrzejsze kryteria udzielania pomocy społecznej. Na pieniądze z tego tytułu mogą liczyć ci, których dochód (przychód minus koszty uzyskania) nie przekracza 477 zł, oraz rodziny, w których dochód na głowę to góra 351 zł.
Ze wszystkich kryteriów najbardziej dramatycznym jest minimum egzystencji. Obejmuje potrzeby, które trzeba zaspokoić, by uniknąć biologicznego wyniszczenia człowieka. W 2008 r. poniżej minimum egzystencji wegetowało 5,6 proc. osób (czyli ponad 2 mln), a za jedyne, choć wątpliwe pocieszenie można uznać fakt, że w 2005 r. było ich dwa razy. Od tamtego czasu poprawiały się niemal wszelkie parametry związane z biedą. Krótko mówiąc, ubogich z roku na rok ubywało. Czy kryzys to zmieni? Pewnie tak, co można wnosić po skali bezrobocia (częsty zwiastun biedy), które znów zaczęło rosnąć i wynosi 12,8 proc.
2. Kryzys jak zwykle uderza w najbiedniejszych
Paradoksalnie, kto wcześniej zaznał biedy - kryzysu nie odczuł. Już i tak nie miał pracy, aktywów, pasywów i kredytów. A więc mitem jest, jakoby kryzys uderzał w najuboższych. Znacznie boleśniej uderza w nich zima. A jeśli odczuli pogorszenie koniunktury, to tylko na skupach surowców wtórnych.
Kto najbardziej boi się ubóstwa? Zdaniem profesora ci, którzy są ponad szarą strefą biedy. To kolejne, ale jakże różne 20-30 proc. Aktywni konsumenci - rdzeń naszego społeczeństwa. Mają nadwyżki lub kredyty. Czasem pozwalają sobie na finansowe szaleństwa w rodzaju wycieczki do Egiptu czy drugiego auta. Wiedzą, jak smakują krewetki i mojito. Są głodni lepszego życia. Przedstawiciele handlowi, drobni przedsiębiorcy, szeregowi pracownicy wielkich korporacji. Ciężko pracują, dużo kupują, a chcą kupować więcej. Dlatego najbardziej obawiają się finansowej degradacji. Ich lęk przed upadkiem jest tak duży, że podtrzymuje dynamikę rozwoju całego państwa. I w dużej mierze im właśnie zawdzięczamy względną stabilność gospodarczą.
Jednak ten sam lęk sprawia, że odwracają się od biedy. Nie chcą się nią zarazić.
- Bieda jest dziś problemem dramatycznie wstydliwym. Ale nie tylko - mówi prof. Łukowski. - Czy tę Czaplę za Gierka odrzuciła rodzina? Nie. Chodziła do kościoła? Tak. Widzi pan? Kiedyś bieda nie niszczyła elementarnych więzi społecznych - zauważa profesor. - A ta para z Baniochy? No właśnie. Choć mieszkają w środku wsi, żyją w izolacji. Sąsiedzi nie chcą mieć z nimi do czynienia, rodzina też. Dlaczego? Bo dziś boimy się biedy dużo bardziej niż kiedyś.
Mamy kryzys, więc lęk przed biedą motywuje nas do pracy jak nigdy wcześniej. - Ale też czyni bezwzględnymi - mówi Elżbieta Tarkowska, której fundacja (Tarkowskich herbu Klamry) prowadzi 8 ośrodków dla blisko 800 bezdomnych. - Zdarza się, że syn wyrzuca matkę staruszkę, bo ta - mówiąc brutalnie - psuje mu wystrój nowego mieszkania.
Ponad 30 lat później i 30 kilometrów bliżej Warszawy też widzę biedę pośrodku wsi. Ewidentną, lecz nie malowniczą. Tym razem skryła się w murowanej ruinie. Czyją ma twarz? Idę sprawdzić. Speszeni moim najściem pierzchają dwaj goście, a domownicy chowają butelkę. Ich twarze są obrzmiałe od zimna i alkoholu. Z trudem dowiaduję się, że na stałe mieszka tu pani Halina. Pan Bolek dołączył, jak wyszedł z "sanatorium" (więzienia). Ona nie pracuje, on dorywczo. Dzieci? Odebrane. Chyba dobrze, bo wewnątrz ciasno, brudno i mroźno. Widać, że brakuje wszystkiego, począwszy od szyb, wody i ogrzewania. - A czego najbardziej? - Niczego - mówi pani Halina.
- Jak to, a jedzenie? - Dostajemy puszki. - Opał? - Palimy, czym się da. - Ubrania? - Nie zmieniamy. - Leki? - Nie chorujemy. - Jakieś książki, gazety? - A kto by to czytał! - dziwi się kobieta. I powtarza: - Jak Bolek wrócił, to już niczego mi nie brak.
Nie dowierzam. - A macie jakieś marzenia, plany? Zerkają na siebie zmieszani. Pan Bolek zaczyna świdrować mnie wzrokiem: - A co pan taki ciekawy?
1. Najubożsi z wdzięcznością przyjmą każdą pomoc
Tak oto para z podwarszawskiej Baniochy rozprawiła się z pierwszym mitem dotyczącym biednych: łatwo im pomóc. Nie prawda. Najbiedniejsi cenią sobie co innego, niż my. Co? Nim się przekonam, próbuję ustalić, czym różni się bieda PRL-owska od obecnej.
W ustroju sprawiedliwości społecznej rzekomo nie było bezrobotnych i bezdomnych. Nie było więc zasiłków i noclegowni. Ale była bieda. Tylko inna, mniej widoczna.
- Bogactwo i ubóstwo nie kłuły w oczy. Większość z nas byle jak żyła i mieszkała. A jednak nie uważaliśmy się za biednych - mówi prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego. - Dlaczego? Bo powszechność biedy stępiła jej odczuwanie.
Dziś wiadomo - są większe kontrasty. Bardzo bogaci i bardzo biedni. Bogaty jest z grubsza co setny, biedny co dziesiąty. A pomiędzy? - Nad warstwą ubóstwa rozciąga się 20-30-procentowa szara strefa biedy. Czyli ci, którzy żyją na pozór normalnie, a w istocie balansują na granicy - twierdzi profesor. - Wielu ma jakieś tam auto czy nawet kino domowe, ale żadnych oszczędności. Kupują w tanich sklepach, na kulturę nie wydają. Nigdzie się nie udzielają, w tropiki nie jeżdżą, do restauracji nie chodzą. Chyba że na stypę lub wesele.
Słowem, żyją na styk. I wystarczy jakiś wypadek lub choroba, by zaczęło im brakować pieniędzy na opłaty, bilety czy jedzenie (Eurostat ustalił, że niezaplanowany wydatek na kwotę ponad 600 zł przerasta możliwości aż 54 proc. polskich rodzin). A więc przestają płacić rachunki. Albo pożyczają i nie oddają, bo nie mają z czego. W efekcie część osuwa się piętro niżej - w prawdziwą biedę.
No właśnie, co to w praktyce znaczy? - Nie sposób ustalić, od jakiej sumy zaczyna się bieda - mówi prof. Łukowski. - Dlatego tak różne są jej kryteria.
Eurostatu za biedne uznaje już osoby o 60 proc. niższych przychodach od średniej krajowej. Jest ich u nas 17 proc., czyli tyle, ile wynosi średnia unijna, zawyżana przez Łotwę, Rumunię i Bułgarię (odpowiednio 26, 23 i 21 proc.). O jakich kwotach mówimy? W Luksemburgu próg biedy to równowartość aż 6035 zł miesięcznych przychodów. W Niemczech - 3522 zł, zaś w Polsce - 688 zł.
Nasze władze stosują ostrzejsze kryteria udzielania pomocy społecznej. Na pieniądze z tego tytułu mogą liczyć ci, których dochód (przychód minus koszty uzyskania) nie przekracza 477 zł, oraz rodziny, w których dochód na głowę to góra 351 zł.
Ze wszystkich kryteriów najbardziej dramatycznym jest minimum egzystencji. Obejmuje potrzeby, które trzeba zaspokoić, by uniknąć biologicznego wyniszczenia człowieka. W 2008 r. poniżej minimum egzystencji wegetowało 5,6 proc. osób (czyli ponad 2 mln), a za jedyne, choć wątpliwe pocieszenie można uznać fakt, że w 2005 r. było ich dwa razy. Od tamtego czasu poprawiały się niemal wszelkie parametry związane z biedą. Krótko mówiąc, ubogich z roku na rok ubywało. Czy kryzys to zmieni? Pewnie tak, co można wnosić po skali bezrobocia (częsty zwiastun biedy), które znów zaczęło rosnąć i wynosi 12,8 proc.
2. Kryzys jak zwykle uderza w najbiedniejszych
Paradoksalnie, kto wcześniej zaznał biedy - kryzysu nie odczuł. Już i tak nie miał pracy, aktywów, pasywów i kredytów. A więc mitem jest, jakoby kryzys uderzał w najuboższych. Znacznie boleśniej uderza w nich zima. A jeśli odczuli pogorszenie koniunktury, to tylko na skupach surowców wtórnych.
Kto najbardziej boi się ubóstwa? Zdaniem profesora ci, którzy są ponad szarą strefą biedy. To kolejne, ale jakże różne 20-30 proc. Aktywni konsumenci - rdzeń naszego społeczeństwa. Mają nadwyżki lub kredyty. Czasem pozwalają sobie na finansowe szaleństwa w rodzaju wycieczki do Egiptu czy drugiego auta. Wiedzą, jak smakują krewetki i mojito. Są głodni lepszego życia. Przedstawiciele handlowi, drobni przedsiębiorcy, szeregowi pracownicy wielkich korporacji. Ciężko pracują, dużo kupują, a chcą kupować więcej. Dlatego najbardziej obawiają się finansowej degradacji. Ich lęk przed upadkiem jest tak duży, że podtrzymuje dynamikę rozwoju całego państwa. I w dużej mierze im właśnie zawdzięczamy względną stabilność gospodarczą.
Jednak ten sam lęk sprawia, że odwracają się od biedy. Nie chcą się nią zarazić.
- Bieda jest dziś problemem dramatycznie wstydliwym. Ale nie tylko - mówi prof. Łukowski. - Czy tę Czaplę za Gierka odrzuciła rodzina? Nie. Chodziła do kościoła? Tak. Widzi pan? Kiedyś bieda nie niszczyła elementarnych więzi społecznych - zauważa profesor. - A ta para z Baniochy? No właśnie. Choć mieszkają w środku wsi, żyją w izolacji. Sąsiedzi nie chcą mieć z nimi do czynienia, rodzina też. Dlaczego? Bo dziś boimy się biedy dużo bardziej niż kiedyś.
Mamy kryzys, więc lęk przed biedą motywuje nas do pracy jak nigdy wcześniej. - Ale też czyni bezwzględnymi - mówi Elżbieta Tarkowska, której fundacja (Tarkowskich herbu Klamry) prowadzi 8 ośrodków dla blisko 800 bezdomnych. - Zdarza się, że syn wyrzuca matkę staruszkę, bo ta - mówiąc brutalnie - psuje mu wystrój nowego mieszkania.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Wyborcza.biz w Twoim iPhonie -
pobierz aplikację!
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
4.5
142 głosy
Przeczytaj 199 komentarzy na Forum
-
Kłótnia o dotacje w regionach. Ministerstwo rozpoczyna kontrole
-
Polska prosi KE o prawo do 208,5 mln ton CO2 dla firm
-
Nowość w prawie telekomunikacyjnym: abonent to właściciel telefonu na kartę
-
Prezes NBP Sławomir Skrzypek: Zbliża się czas podwyżek stóp
-
Mediatel z CenterNetem: Stworzymy unikalną ofertę w komórkach
Wyborcza.biz poleca
Biznes, Ludzie, Pieniądze

Azbest będzie przetwarzany i znów wykorzystywany
PRZEŚWIETLAMY REKLAMY

Pożyczka u Stefczyka: wygodne raty mogą nieco uwierać
KOBIETA SUKCESU

Ma 30 lat i zarządza majątkiem wartym 2 mld zł
SŁAWNI O FINANSACH





więcej zdjęć




